zydokomuna nie odpusci

Dodaj komentarz

Październik 4, 2011 - autor: costerin

Trzy rodzaje zabezpieczeń interesów nomenklaturowych

 

 

 

 

 

 

Andrzej Zybertowicz

 

TRZY RODZAJE ZABEZPIECZEŃ INTERESÓW NOMENKLATUROWYCH

 

 

 

 

 

Część I

 

 

 

 

 

Istota omawianych tu zabezpieczeń polega na niedopuszczeniu do utraty przez b. władców PRL ich uprzywilejowanych pozycji ekonomicznych oraz uniemożliwieniu rozliczenia za popełniane przestępstwa. Inaczej mówiąc – posłużmy się określeniem Jadwigi Staniszkis – rzecz polega na tym, by rezygnacja przez komunistów z pozycji klasy panującej nie równała się utracie różnych korzyści przez członków b. komunistycznych elit jako jednostek.(1)

 

 

 

ZABEZPIECZENIA POLITYCZNE

 

Inicjując operację „Okrągły Stół’ liczono jeszcze na to, że nomenklatura zachowa pozycję grupy panującej. W odróżnieniu od zabezpieczeń ekonomicznych i zwłaszcza agenturalnych, specyfika zabezpieczeń politycznych polegała na tym, iż one same były jawne, choć nie zawsze publicznie podawane były intencje z nimi związane.

 

Kontraktowy Sejm, nowo ustanowiony Senat, prezydentura dla Jaruzelskiego, czy ustawa o przebaczeniu i puszczeniu w niepamięć niektórych przestępstw i wykroczeń (z maja ’89(2), które miały zabezpieczyć ludzi PRL-u przed całkowitą utratą władzy i przed prawnym rozliczeniem za popełnione przestępstwa – to rzeczy powszechnie znane. To ustawa abolicyjna spowodowała, że w ’91 potrzebna była decyzja Sądu Najwyższego, aby można było postawić przed sądem funkcjonariuszy SB, sprawców porwań toruńskich z ’84 r.(3)

 

Zabezpieczenia polityczne okazały się skonstruowane w sposób wysoce niedoskonały. Za swe główne chyba niedopatrzenie tej materii ekskomuniści uznają dziś brak prawnych gwarancji własności majątku swej partii. Wydaje się wszakże, iż był to błąd nie do uniknięcia z powodu typowego dla tej formacji ideologicznej braku poszanowania prawa i zasadniczego niedoceniania jego roli w życiu społecznym. Błąd ten został jednak odrobiony za pomocą innych środków.

 

 

 

 

 

ZABEZPIECZENIA EKONOMICZNE

 

W październiku ’82, na X plenum KC, Jaruzelski stwierdza: „państwo nie zgodzi się na pełznącą reprywatyzację, zwłaszcza na pokątne podstawianie nowych, typowych dla drobnomieszczaństwa kryteriów etycznych i obyczajowych na miejsce socjalistycznych ideałów.

 

W Polsce – interes robotników, ich normy moralne, muszą być rozstrzygające. Robotnicy nie powinni mieć wątpliwości, że to oni są u nas klasą panującą.”(4)

 

Pan generał zapewne wierzył w swoje deklaracje, ale już jego towarzysze nie traktowali tego typu obietnic poważnie. Gdyby bowiem nie masowe uwłaszczanie nomenklaturowe (oczywiście nie była to żadna reprywatyzacja), Okrągły Stół albo w ogóle nie miałby miejsca, albo jego ustalenia szybko zostałyby storpedowane. Nie sugeruję, iż istniał jakiś centralny, dalekosiężny i tajny plan nomenklaturowego uwłaszczania. Proces ten wystąpił jako efekt złożonego splotu przyczyn i sam stanowił podłoże, zapewne wprost niezbędny warunek, bez którego samolikwidacja komunizmu w Polsce (a zapewne i w całym bloku) nie mogłaby mieć miejsca. Z drugiej strony, gdyby nie zabezpieczenie agenturalne dające przekonanie, iż utrata kontroli nad biegiem wydarzeń jest tylko częściowa, nawet daleko posunięte uwłaszczenie nomenklatury nie wystarczyłoby do tego, aby zrezygnowała ona z bezpośredniej kontroli nad państwem. Można zatem powiedzieć, iż zabezpieczenie ekonomiczne umożliwiło nomenklaturze zachowanie uprzywilejowanej pozycji materialnej, a rolą zabezpieczenia agenturalnego była/jest osłona tej pozycji materialnej przed próbami rewindykacji ze strony społeczeństwa.

 

Jeszcze w ’82, w warunkach stanu wojennego podjęta zostaje reforma gospodarcza. Opozycja krytykuje ją jako czystą kosmetykę socjalistycznych form gospodarowania. Mając rację, iż owa „reforma” nie jest w stanie podnieść sprawności gospodarki, opozycja pozostaje jednocześnie ślepa na inne doniosłe (być może niezamierzone) skutki reformy. Otóż reforma umożliwia nieformalne „przekształcenia własnościowe wewnątrz sektora państwowego, a także wykształcenie się jakościowo nowych relacji między sektorem państwowym a sektorem prywatnym.”(5)

 

W społeczeństwach komunistycznych własność państwowa zawsze podlegała różnym formom „prywatyzacji”. Jednak dopiero w latach osiemdziesiątych rozkradanie majątku państwowego zaczęło rodzić zalążki alternatywnego ustroju gospodarczego.

 

Zobaczmy teraz, jak proces budowy ekonomiczno-kapitałowej (bo jeszcze nie kapitalistycznej) pozycji nomenklatury był powiązany z codziennym – i niecodziennym – funkcjonowaniem służb specjalnych. W ostatnich kilku latach, ujawniając tajemnice MSW, koncentrowano się raczej na walce resortu z Kościołem Katolickim, opozycją polityczną, na prześladowaniach, dezinformacji, na czysto instrumentalnym, represyjnym traktowaniu prawa i podobnych sprawach. Jednak nawet łączne rozpatrzenie tego, co powiedzieli Kiszczak, Pożoga, Szlachcic, Ochocki, Kozłowski, Widacki, Grocki (6) i inni autorzy nie daje nam wiedzy o pewnym istotnym wymiarze aktywności komunistycznych tajnych służb.

 

Mam na myśli działania związane z zabezpieczeniem funkcjonowania instytucji państwowych, których celem nie było zwalczanie opozycji. Już od samego zarania systemu, na długo przed powstaniem zorganizowanej opozycji, każdy zakład pracy, każda państwowa i spółdzielcza instytucja, ministerstwo, urząd centralny, centrala handlu zagranicznego, czasopismo, bank(!), zagraniczna budowa czy placówka(7) (np. podlegająca MSZ jak Instytut Kultury Polskiej w Londynie), każda ważniejsza delegacja zagraniczna(8), szkoła, uczelnia, stowarzyszenie, klub sportowy, lokal rozrywkowy(9), placówka kulturalna, słowem każda dziedzina życia społecznego miała swojego opiekuna z SB.

 

Na czym polegała praca opiekunów, zanim jeszcze punkt ciężkości został położony na walkę z opozycją?

 

Praca opiekunów miała charakter dwutorowy. Z jednej strony opieka polegała na oficjalnej (czy raczej półoficjalnej – w każdym razie dbano tu o pewną poufność działań) współpracy z kierownictwem zakładów, zwłaszcza z pionem kadrowym. Z drugiej strony, zadaniem opiekuna było prowadzenie na terenie podległego obiektu grupy informatorów (TW). Celem było posiadanie pełnej orientacji, co do sytuacji na terenie obiektu. Deklaratywnie – w przypadku instytucji gospodarczych głównym celem było zwalczanie przestępczości gospodarczej.

 

W wywiadzie prasowym w ’87 porucznik SB, opiekujący się włocławskimi „Azotami” tak przedstawia swą pracę: „Mój wydział [wydział V – AZ] zajmuje się ogólnie mówiąc ochroną gospodarki przed przestępczą i wrogą działalnością. Mam tu na myśli m.in. sabotaż, dywersję, naruszanie tajemnicy państwowej i służbowej, ale także i szeroko rozumiane nieprawidłowości w funkcjonowaniu zakładów: niegospodarność, konflikty społeczne, nastroje niezadowolenia i przyczyny, jakie je wywołały itd.” Zapytany, czym się różni ta działalność od pracy milicyjnego wydziału do walki z przestępstwami gospodarczymi, odpowiada: „Nasze zadania są znacznie szersze, inny jest też punkt ciężkości w odniesieniu do każdego z tych wydziałów. ‚PG’ wkracza najczęściej w momencie, gdy dokonywane jest już przestępstwo gospodarcze, nas natomiast najbardziej interesuje profilaktyka, w szerokim tego słowa rozumieniu. Zajmujemy się nawet takimi ‚detalami’ jak np. złe składowanie i transport materiałów, nieprzestrzeganie procesów technologicznych, chybione zakupy, zbędne zapasy surowca, czas pracy, skażenie środowiska, stosunki międzyludzkie itd. (…) Staramy się też inspirować odpowiednie służby, kierowników, do usuwania stwierdzonych przez nas nieprawidłowości, dodam – z których często nie zdają sobie oni sprawy. Ale mamy też i inne formy profilaktycznych działań, np. pisemne wystąpienia do dyrekcji zakładów, gdy to nie skutkuje – do jednostek nadrzędnych, nawet do ministerstw. Inicjujemy także specjalistyczne kontrole, współpracujemy na co dzień z instancjami partyjnymi informując je o istniejących zagrożeniach.”(10)

 

W idyllicznym obrazie naszkicowanym przez oficera SB brakuje kilku ważnych – szczególnie z punktu widzenia niniejszych rozważań – elementów. Nie chodzi przy tym o to, iż jak obecnie powszechnie wiadomo – swe zadania opiekunowie w zasadniczej mierze realizowali posługując się siatkami TW.

 

Po pierwsze, na tym przykładzie można pełniej uświadomić sobie rolą tajnych służb w codziennym funkcjonowaniu społeczeństw i gospodarek komunistycznych. W pewnym sensie zastępowały one funkcje kontrolne, jakie w społeczeństwach kapitalistycznych pełni presja rynku, twardy pieniądz i inne czynniki wymuszające racjonalność działań produkcyjnych oraz kontrolne funkcje, jakie w społeczeństwach demokratycznych pełni wolna prasa czy niezależne stowarzyszenia. Tajne służby były zatem ważnym składnikiem mechanizmu systemowego. Pełniły też istotne zadania kontrolne na rzecz centrum politycznego (tj. Politbiura), przeciwdziałając w pewnej mierze tendencjom do autonomizacji władzy (nie tylko gospodarczej) niższego szczebla wobec szczebli wyższych. Były komendant wojewódzki MO w Legnicy i Łodzi, gen. Marek Ochocki, wspomina, iż w latach osiemdziesiątych informacje z terenu przekazywane pionem MSW do centrali nie były kontrolowane przez lokalne władze partyjne.(11) Od momentu objęcia kierownictwa resortu przez Kiszczaka nastąpiło trwałe umocnienie pozycji MSW w strukturze władzy partyjno-państwowej; Ochocki wspomina o tym kilkakrotnie. Od czasu zabójstwa ks. Popiełuszki podejmowano wprawdzie próby umocnienia kontroli partyjnej nad resortem, lecz b. silna pozycja polityczna Kiszczaka (oparta m.in. na jego osobistych związkach z Jaruzelskim) skutecznie przeciwdziałała tym tendencjom.

 

Jednym z zadań SB była walka z korupcją dyrektorów państwowych zakładów pracy w sytuacjach współpracy z partnerami zagranicznymi i rodzimym sektorem prywatnym, jak też z wykorzystywaniem zasobów publicznych do celów prywatnych. Niejednokrotnie przypadków korupcji wprawdzie publicznie nie nagłaśniano, pewne konsekwencje służbowe bywały jednak wyciągane. Chyba, że… I tu dochodzimy do kwestii centralnej dla tych rozważań. Chyba, że wykorzystujący swe pozycje dysponenci dóbr państwowych wiedzieli kiedy i z kim należy się dzielić. Niżej podpisanemu znane są przypadki – zwłaszcza z ostatnich lat funkcjonowania komunizmu w Polsce, gdy w zakładach, w jakich opozycja polityczna nie stanowiła problemu, wysiłek opiekunów koncentrował się na śledzeniu rozmaitych (jawnych i niejawnych, legalnych i nielegalnych) powiązań i form współpracy zakładów państwowych z sektorem prywatnym.

 

Dość typowa przy tym była – jak się wydaje – skłonność opiekunów do tego, by przeprowadzając kontrolę owych powiązań robić to w taki sposób, aby w zakładach pracy nie pozostawiać śladów swych działań na papierze. W jednym z dużych przedsiębiorstw wytwarzających sprzęt oświetleniowy funkcjonariusz domagał się wypożyczenia dokumentacji wynajmu do transportu prywatnych bagażówek, nie przedstawiając dyrektorowi żadnego pisemnego wniosku ze swego urzędu spraw wewnętrznych i nie kwitując pobranych materiałów.(12) (A niewielu dyrektorów miało dosyć charakteru, by stawiać sprawę w sposób formalny i domagać się poświadczenia tego rodzaju kroków SB na piśmie.) Czy robiono tak po prostu ze względu na wygodę, z powodu typowej dla tajnych służb niechęci do zostawiania śladów swej pracy? A może wchodził w grę jeszcze inny aspekt? Może rzecz polegała także na prywacie oficerów SB, którzy chcieli, aby w razie wytropienia jakichś nieprawidłowości móc załatwić sprawę po cichu, między sobą a kierownictwem zakładu?

 

A teraz przemnóżmy sytuacje tego rodzaju wielokrotnie – tzn. weźmy pod uwagę ostatnie lata osiemdziesiąte, gdy zniesiono szereg ograniczeń współpracy między sektorami gospodarki i ruszyła fala zakładania spółek z wkładem mieszanym. Istota wielu – jeśli nie ogromnej większości – tych przedsięwzięć polegała na tym, by dokonać „legalnie” transferu własności państwowej lub spółdzielczej w ręce prywatne. Za śmieszne – z punktu widzenia osiąganych zysków – pieniądze, dyrektorzy, księgowi, radcy prawni czy nawet niektórzy członkowie rad pracowniczych szli na wyraźnie niekorzystne dla państwowych zakładów transakcje, umowy i formy współpracy. Dość typowy mechanizm polegał na tym, by przy wchodzeniu w spółki z kapitałem krajowym lub zagranicznym (czy raczej „zagranicznym”) celowo zaniżać wartość wnoszonego przez firmę państwową lub spółdzielnię do spółki aportu, co powodowało zawyżenie udziałów prywatnego wspólnika w stosunku do wniesionych przezeń wkładów. Z kolei to zawyżenie udziałów otwierało drogę do transferu zysków i zasobów w ręce prywatne na jeszcze większą skalę.

 

Oficjalna prasa opisywała niekiedy wystające ponad powierzchnię wody czubki góry lodowej tego typu przedsięwzięć. Nie pamiętam wszak ani jednego przypadku, by zainteresowano się, czym w czasie tych manipulacji zajmowali się funkcjonariusze SB, mający chronić przedsiębiorstwa m.in. przed przestępczością gospodarczą. A kierujący siatkami informatorów SB-ecy opiekunowie tych zakładów i ich szefowie zazwyczaj orientowali się w rozwoju wydarzeń lepiej niż ograniczeni do kanałów sprawozdawczości partyjnej aparatczycy.

 

Antoni Zieliński, w ’91 dyrektor Centralnego Archiwum MSW, wspomina, że przeglądał „akta dotyczące pożaru w pewnej fabryce. Śledztwo prowadziła SB, która w swych sprawozdaniach umieściła uwagi o ludziach kierujących zakładem, o jego organizacji, nieprzestrzeganiu przepisów, o faktycznym przebiegu procesu produkcyjnego. Gdyby te akta pominąć historyk miałby do czynienia jedynie z dokumentami oficjalnymi – zakłamanymi, wypranymi z treści. Tylko bezpośrednio po wojnie zaangażowani komuniści pisali do swych władz rzetelnie – tzn. informując o trudnościach. Później sprawozdania sporządzano pod szefa. W materiałach MSW znajdujemy obserwacje nie tylko prawdziwiej oddające rzeczywistość, ale i wnikliwe – notatka już z 1987 roku wskazuje na fakt przenikania kierownictwa zakładów do spółek z kapitałem zagranicznym” (podkr. AZ).(13)

 

Potwierdzenie tej informacji znajdujemy w wypowiedzi b. wiceministra SW, gen. Dankowskiego. Zapytany przez dziennikarza o reakcję resortu na powstawanie spółek nomenklaturowych, mówi: „Gdy tylko weszła ustawa i okazało się, że w dziesiątkach fabryk tworzą się de facto fikcyjne spółki i oszukują budżet państwa, natychmiast podjęliśmy działania. Można sprawdzić, ile wysłaliśmy informacji o tym zjawisku. Zmian systemowych nie udało się nam od kierownictwa PRL wyegzekwować, ale w końcu nie od tego byliśmy. Służba Bezpieczeństwa odkryła zagrożenie, podjęła działania doraźne i zawiadomiła, kogo trzeba. Zmiana przepisów, to już nie nasza sprawa.

 

– Czyli meldunkami SB nikt się nie przejmował?

 

– To było tak: gdy informowaliśmy o planowanej demonstracji, czy pojawieniu się nowego politycznego kaznodziei, to robił się natychmiast szum. Gdy meldunek dotyczył gnijących na bocznicach węglarek, sprawa ciągnęła się tygodniami i było przeważnie wiele obiektywnych przyczyn usprawiedliwiających niedowład gospodarczy.

 

– Do kogo kierowano informacje o spółkach?

 

– Do kierownictwa państwa.

 

-Panie generale, ‚kierownictwo’ to kilkadziesiąt osób. Ja pytam konkretnie: kto otrzymywał te meldunki i nie reagował?

 

– Trafiało to wszystko do sekretarza ekonomicznego KC. Kwitowano, dziękowano, mówiono, że trzeba będzie podjąć jakieś decyzje, i tak to trwało. Powiedziałem ‚kierownictwo’, bo meldunki były rozsyłane według rozdzielnika, w którym figurowało wiele osób z kierownictwa Sejmu, Rady Państwa, rządu i partii politycznych. Departament V MSW szczególnie dbał, aby kierownictwo nie było przypadkiem ‚nie doinformowane’. Jest rzeczą oczywistą, że pewnych spraw nie nagłaśniano poza ‚tajnym rozdzielnikiem’. Kierownictwo wiedziało jednak o wszystkim.”(14)

 

O spółkach nomenklaturowych pisano swego czasu sporo,(15) nie wiem jednak, czy ktoś przeanalizował to zagadnienie w sposób systematyczny i dogłębny – przynajmniej na tyle, na ile to obecnie możliwe. (Łatwiej oczywiście hałasować waląc w bęben dekomunizacji, niż mozolnie ustalać fakty.)

 

Pisząc o rozmaitych formach uwłaszczania nomenklatury(16) w latach osiemdziesiątych warto też przypomnieć inną zapomnianą instytucję: założone przez ówczesnego wicemarszałka Sejmu, Rakowskiego, na przełomie ’87-88 Towarzystwo Wspierania Inicjatyw Gospodarczych (TWIG). Rakowski pisze, iż miało ono „swój niebagatelny udział w torowaniu drogi ludziom z inicjatywą.”(17) Być może w drodze przechodzenia Polski od komunizmu do kapitalizmu TWlG odegrał pozytywną rolę – ale na czym innym owe inicjatywy polegały, jeśli nie na realizacji tego, co nazwaliśmy tu zabezpieczeniem ekonomicznym?

 

Nierzadkie były sytuacje finansowej współpracy opiekunów z ludźmi kierującymi zakładami (zazwyczaj rejestrowanymi jako KS – kontakty służbowe) jak niektórymi niektórymi TW. Wieloletnie poufne związki (niekiedy o głęboko emocjonalnym charakterze)(18) mogły w nowych warunkach gry ekonomicznej zaowocować wspólnymi przedsięwzięciami: z jednej strony nieźle uplasowani w zakładzie TW, z drugiej, mający szerszy ogląd sytuacji i możliwości tuszowania wielu spraw – opiekunowie z SB.

 

Funkcjonariusze MSW nie byli jedynie bezradnymi obserwatorami rosnących na ich oczach fortun z nieprawego łoża. Potrafili zapobiegliwie myśleć o swej przyszłości. W sytuacji, gdy pod koniec rządów PZPR w wielu regionach rozluźniła się praca operacyjna i nadzór nad nią, szybko wpisywano się w nowe układy.

 

Ogólnie rzecz biorąc, kontakty między ludźmi nomenklatury a sektorem prywatnym, to ciągle nie napisana opowieść. W prasie próbowano podejmować ten i wątek m.in. w okresie pierwszej „S”. Dla przykładu przywołajmy tekst poświęcony nieprawidłowościom przy wywłaszczaniu gruntów, przydziale działek budowlanych i wydawaniu pozwoleń na budowę willi na warszawskim Żoliborzu. Autor wskazuje, iż „cała ulica Szaniawskiego, [jest – AZ] zamieszkana przez tzw. w okolicy ‚małżeństwa mieszane’, w których jeden ze współmałżonków jest zazwyczaj zatrudniony w Ministerstwie Zdrowia, MON-ie lub MSW, a drugi prowadzi prywatną inicjatywę. Wyjątek stanowi dyrektor naczelny CHZ Polimex-Cekop.”(19) Dla każdego, kto posiada choćby powierzchowną orientację w mechanizmach działania gospodarki socjalistycznej, nie może ulegać wątpliwości, jak działały tego typu pionierskie joint-ventures.

 

Kontrola nad państwowym sektorem gospodarki oraz nad jego kontaktami z sektorem prywatnym to – oczywiście – nie jedyne źródło gromadzenia bogactw przez nomenklaturę. Inne ważne źródła to resorty Spraw Zagranicznych(20) i Handlu Zagranicznego. Wyjazdy na placówki, bezpieczny przemyt (m.in. poczta kurierska), zwolnienia celne, budowy zagraniczne, etc. Pracownicy i „ludzie” MSW i MON nie tylko wywierali bezpośredni wpływ na politykę wyjazdów, lecz także czerpali korzyści z uczestniczenia w nich. Były szef MSW, Mirosław Milewski przesłuchiwany przez Centralną Komisję Partyjną w ’85 mówi: „Cała kierownicza kadra MSW korzystała z poczty kurierskiej przy przesyłaniu do kraju drobnych zakupów w czasie pobytu za granicą. Chodziło o to, aby nie dopuścić do kompromitacji w trakcie odpraw celnych.”(21)

 

Ludzie MON obficie korzystali z możliwości stwarzanych przez odbywane na terenie ZSRR ćwiczenia wojskowe. Na przykład, przy okazji nie podlegających żadnej kontroli celnej wyjazdów na strzelania rakietowe, na skalę masową odbywał się przemyt złota. Kierownictwo resortu zdawało sobie z tego sprawę – choćby z informacji oficerów kontrwywiadu wojskowego wyjazdy te zabezpieczających.(22)

 

Ostatni kierownik sektora KC KPZR do spraw Polski, tłumacz generalnych sekretarzy tej partii, Witalij Swietłow przyznaje: „widziałem, że ludzie ochrony osobistej Edwarda Gierka [tj. z Biura Ochrony Rządu MSW – AZ], gdy przyjeżdżał do nas, nabywali obrazy i ikony dziesiątkami, zachłannie, bez umiaru i bez żenady. (…) Ponieważ delegacje zagraniczne z reguły przylatywały specjalnymi samolotami, które nie podlegały kontroli celnej, wywóz zakupów był łatwy, nie mieli z tym żadnych problemów.”(23)

 

Praca w MSW dawała, rzecz jasna, i inne liczne okazje do dodatkowych dochodów. Na przykład funkcjonariusze wydziałów paszportowych zarabiali dodatkowo, udzielając pomocy w pokonywaniu przeszkód (niekiedy sarni je przedtem tworzyli) w drodze za granicę. W ’87 w Toruniu stawka za pomoc w uzyskaniu paszportu dla osoby o nie uregulowanych zobowiązaniach alimentacyjnych wynosić miała 150 dolarów.(24) Zdarzało się, że posługiwano się operacyjnym rozpoznaniem stanu majątkowego starającego się i na tej podstawie wyznaczano wysokość łapówki za paszport – uzyskując w ten sposób niekiedy wysokie sumy.(25) Generał Ochocki mówi w ’92: „Proszę zobaczyć, w jakich układach towarzyskich żyją do dziś byli naczelnicy wydziału paszportów. Są to ludzie, którzy nadal mają dużo przyjaciół.”(26)

 

Pracownicy wywiadu przekraczając granice korzystali nie tylko z przywilejów związanych z posiadaniem paszportów dyplomatycznych i bagażu dyplomatycznego (status dyplomaty nie zwalnia od kontroli w kraju macierzystym), lecz także z procedury tzw. operacyjnych przejść punktu granicznego, gdy WOP na polecenie centrali MSW zabezpieczał płynne przekraczanie granicy. Były solidarnościowy wiceminister SW, Jan Widacki podaje, że funkcjonariusze departamentu IV „często jeździli na teren ZSRR – i to na mocy umowy z WOP, bez odnotowywania faktu przekroczenia granicy.”(27)

 

Kiszczak wspomina, o pożyczeniu Ryszardowi Kuklińskiemu 60 tys. forintów z kasy wywiadu wojskowego.(28) Nie dodaje tylko, iż była to prywatna pożyczka na zakup silnika do opla przy okazji wspólnego wyjazdu służbowego na jakąś naradę do Budapesztu.(29) O możliwościach nadużyć wiążących się z dysponowaniem funduszami operacyjnymi służb specjalnych nie trzeba chyba pisać szerzej.

 

Czy ogromne sumy przechwycone w wyniku takich ujawnionych „wywiadowczych” operacji Departamentu I MSW, jak „Zalew”,(30) „Żelazo”(31) lub w efekcie tzw. „afery brylantowej”(32) zostały po rozkradzeniu w całości „przejedzone”? Oczywiste wydaje się założenie, iż przykłady te nie wyczerpują wszystkich afer rozwijanych dzięki pomysłowości specjalistów od operacji specjalnych. Kto uwierzy, iż ludzie prowadzący długofalowe, wyrafinowane gry operacyjne o międzynarodowym zasięgu nie potrafili, nie mogli lub nie chcieli zadbać o swoją przyszłość przez inwestowanie (w kraju i za granicą) jakiejś części zasobów uzyskanych dzięki pracy swych służb. Jeśli owe transfery zasobów były przy tym robione fachowo za pomocą środków operacyjnych służb tajnych, to obecnie możliwości jakiegokolwiek prawnego ugryzienia większości tych przedsięwzięć są minimalne.

 

Jednak to, iż wielu z postkomunistycznych przedsiębiorców nie uda się postawić przed sądami nie powinno chyba oznaczać, iż niemożliwe lub niepotrzebne jest operacyjne i badawcze, socjologiczne ustalanie faktów.

 

W perspektywie powiązań między różnymi grupami nomenklatury przeanalizować trzeba wielkie fortuny wyrosłe w niezwykle krótkim czasie. Przecież nawet w gospodarce tak rozregulowanej jak nasza dziś, istnieją pewne granice przyrostu kapitału, jaki można uzyskać środkami legalnymi w danym okresie. Trzeba też pamiętać, iż to co dotąd nagłośniono, to jedynie ułamek tego co faktyczne.

 

O powiązaniach Aleksandra Gawronika z SB i o jego błyskawicznym opanowaniu w marcu ’89 kantorów na naszej zachodniej granicy już nie raz wspominano. Jedynie dla ilustracji przytoczmy fragment jednej z publikacji: „Wspomina major C., w owym czasie pracownik WOP: – wiele mówiło się o dobrych i układach, jakie miał Gawronik z dowódcami granicznych brygad WOP. W kantorach zatrudniał żony licznych dowódców. Była w owym czasie znana niechęć podpułkownika Wrzoska z brygady w Świecku do pana Gawronika. A potem ta niechęć jakoś szybko przeobraziła się we współpracę. Podpułkownik odszedł z WOP i podjął pracę w firmie AG. Podobnie zresztą uczynił pułkownik Grzybowski, dowódca Pomorskiej Brygady WOP. (…) W opinii majora C. wszystkie te fakty wskazują, że między Gawronikiem a MSW (do tego resortu należał) WOP) istniał pewien szczególny rodzaj komitywy.

 

Jedno jest pewne. MSW nie dałoby zgody na uruchomienie sieci kantorów w strefie tak strategicznej jak granica państwa osobie nie spełniającej określonych warunków. Jakie warunki określają spolegliwość człowieka cywilnego wobec resortu? (…) Trudno dociec dlaczego właśnie Gawronika wezwano na ratunek „Art-B”.(33) W napisanej na zlecenie głównego bohatera, książce pt. „Aleksander Gawronik: gra o miliardy” przyznano, iż przygotowania do opanowania kantorów na zachodniej granicy odbywały się w bezpośredniej współpracy z ludźmi nomenklatury (w tym wicepremierem Ireneuszem Sekułą i Kiszczakiem).(34) Gawronik startując, ponoć, „z sumą zaledwie dwudziestu pięciu milionów złotych”, po otrzymaniu „koncesji numer 1 na kantory wymiany walut i uruchomieniu całej ich sieci na zachodniej granicy oraz w centrum kraju, natychmiast awansował do grupy najbogatszych ludzi w Polsce.”(35) Ciekawe, ile w tym czasie zapłacił skarbowi państwa podatku obrotowego i dochodowego od tej działalności – skoro to właśnie ta działalność jest wskazywana jako źródło jego fortuny.

 

Warto byłoby też przeanalizować losy tzw. firm polonijnych (kto dziś o nich pamięta).(36) Wiadomo, że firmy te były przedmiotem zainteresowania służb wywiadu i kontrwywiadu. Ostatnio potwierdził to emerytowany pułkownik wywiadu PRL, wspominając zachodnie wsparcie dla podziemnej „S”. W pewnym okresie „S” „doszła do wniosku, że nie ma sensu organizować kosztownych i niebezpiecznych transportów. Potrzebne są tylko pieniądze, a ‚towar’ kupi się na miejscu. Do transferu pieniędzy doskonale nadawały się powstające wówczas firmy polonijne. Sporo było naszych…”(37) W takiej sytuacji trudno sobie wyobrazić, iż nie wykorzystywano ekonomicznie możliwości transferu zasobów, jakie dawała ówcześnie unikalna prawna pozycja tych firm w naszej gospodarce. I dzisiaj można by wskazać działający w kraju kapitał o pochodzeniu formalnie polonijnym bardzo ściśle powiązany z ludźmi byłej nomenklatury. W istocie nierzadko mamy do czynienia z ruchem powrotnym kapitału nielegalnie zdobytego w Polsce, wracającego do kraju np. pod płaszczykiem wieloletniej pracy na Zachodzie, zdobytych tam funduszy i kontaktów.

 

Powiązania brytyjskiego magnata prasowego, Roberta Maxwella z czołowymi postaciami sowieckiego politbiura i kierownictwa KGB uznaje się dziś za udowodnione. To, iż niejasne jest, czy w ostatecznym rozrachunku robił on to jako agent brytyjskich służb specjalnych, czy też grał z tymi ostatnimi na zlecenie sowietów, nie ma tu dla nas większego znaczenia. Wysoce prawdopodobne wydaje się (nie znam najnowszych materiałów ze śledztwa przeciw Maxwellowskim firmom – być może zostało to już wykazane), iż służył on komunistom pomocą przy zakładaniu kont na Zachodzie (ponoć w Lichtensteinie) i prowadził w ich imieniu różne poufne operacje finansowe.(38) Ta sprawa wyszła na jaw, gdy po śmierci Maxwella ujawniony został aferowy charakter jego interesów. Wiele wskazuje na to, iż podobną rolę – z tym, iż na znacznie większą skalę – odgrywał także zmarły niedawno, głośny amerykański przemysłowiec, Armand Hammer.(39)

 

To, co wiadomo na temat powiązań (zachodnio)niemieckiego biznesmana Aleksandra Moksela, przekazującego dary dla MSW, a także dla Kiszczaka, w zamian za „ułatwienia” w wejściu na polski rynek, na pierwszy rzut oka wydać się może czymś odwrotnym.(40) Czy powiązania te były jednokierunkowe, to znaczy, że „ofiarodawcą” był tylko Moksel, któremu zależało na dobrych „wejściach” w układy gospodarki socjalistycznej? Czy ludzie typu Moksela (swego czasu zaprzyjaźnionego m.in. z Erichem Honeckerem) nie byli wykorzystywani w celu transferu kapitałowego na Zachód? Dziwne zaiste, gdyby nie korzystano z takich kanałów. Komuniści na pewno nie byli na tyle naiwni, by ograniczyć się do kilku tylko pośredników/pomocników na Zachodzie.(41)

 

Jasne jest, że zabezpieczenie ekonomiczne łączyło się z agenturalnym. Z pewnością istotny trop wskazuje pytanie: „Czy akta operacyjne wywiadu technologicznego, które również ‚niszczono’ zawierały dane o istotnym znaczeniu dla ekonomii i zostały sprzedane bądź Rosji, bądź spółkom nomenklaturowym?”(42)

 

Należy pamiętać, że wszystkie nasze większe (a może też i mniejsze) zagraniczne przedsięwzięcia budowlane, kredytowe, dewizowe i bankowe, np. rozliczenia finansowe związane z eksportem broni do Libii czy Iraku, były zabezpieczane wywiadowczo i kontrwywiadowczo. Nie tylko przez służby MSW, lecz też MON. Trzeba pamiętać, iż działo się to przy braku jakiejkolwiek niezależnej kontroli tak nad samymi operacjami jak nad ich zabezpieczaniem przez tajne służby. To prawdopodobnie osłona dawana aferzystom przez służby specjalne uniemożliwiła wyjaśnienie, idących w miliony dolarów nadużyć na budowach w Libii, afery znanej jako tzw. sprawa Zbigniewa Demidowa. Swego czasu ukazało się sporo artykułów prasowych poświęconych tej sprawie. Mimo zaangażowania najwyższych czynników państwowych nigdy nie doszło do prawo- rządnych rozstrzygnięć. W żadnej ze znanych mi publikacji o tej sprawie wątek służb specjalnych nie został bezpośrednio poruszony. Pewien trop został jednak zasygnalizowany: zaangażowany w wyjaśnienie tej afery, „Władysław Siła-Nowicki napisał w 1988 r. w liście do Demidowa: „Poruszyłem już tę sprawę na bardzo wysokim szczeblu [Siła-Nowicki był wtedy członkiem Rady Konsultacyjnej przy Jaruzelskim jako Przewodniczącym Rady Państwa AZ), ale przeciwdziałanie bezpośrednio zagrożonych w tej materii jest tak silne i tak dobrze zorganizowane, że jak dotąd nic się nie osiągnęło. A cała historia wydaje mi się skandaliczną w bardzo wysokim stopniu.” (…) W kolejnym liście do Demidowa Władysław Siła-Nowicki pisał: „Kiszczak w okresie swojej potęgi powiedział do mnie, że czuje się bezsilny, choć powiedział jednocześnie, że przyznaje panu rację!”(43)

 

Jeśli Kiszczak po prostu nie krył w tym przypadku brudnych interesów ludzi z polskich służb specjalnych, to prawdopodobne wydaje się – ze względu na kontekst libijski – uwikłanie w tę sprawę tajnych służb sowieckich; być może w aspekcie terroryzmu międzynarodowego.

 

Z wywiadowczym bądź kontrwywiadowczym zabezpieczeniem międzynarodowych operacji finansowych mógł mieć związek b. minister finansów w rządzie Olszewskiego, Andrzej Olechowski, pracujący swego czasu na Zachodzie w międzynarodowych instytucjach bankowych.(44) Na liście Macierewicza został wskazany jako Kontakt Operacyjny Departamentu I MSW.

 

Sprawa Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ) dowodzi, jak wielkie pole do nadużyć mieli ludzie prowadzący takie operacje w czasach PRL-u. Warto w tym kontekście przytoczyć wypowiedź Piotra Naimskiego, b. szefa Urzędu Ochrony Państwa: „Śledztwa w sprawie niektórych wielkich skandali finansowych nie wiadomo kiedy będą zakończone, gdyż nie są wyjaśnione kulisy tych malwersacji. Otóż są przesłanki, by twierdzić, iż w tych przestępczych przedsięwzięciach gospodarczych brali udział funkcjonariusze byłego Departamentu I MSW czy II Oddziału Sztabu Generalnego Ludowego Wojska Polskiego.

 

– Afery FOZZ i Art-B?

 

– Jestem przekonany, że również w tych sprawach śledztwo nie da rezultatów bez uwzględnienia wątku, o którym mówiłem.”(45)

 

Podsumowując, wydaje się, iż trudno byłoby przecenić rolę służb specjalnych, nie tylko SB, w uwłaszczaniu nomenklatury lub, ogólniej, w procesie budowy przyczółków kapitalizmu pod rządami PZPR. Mając bezpośredni wgląd w kulisy funkcjonowania systemu, ludzie tych służb byli grupą społeczną, która jako jedna z pierwszych pozbyła się ideologicznych złudzeń. Częściowo wiązało się to z naturą pracy służb specjalnych; prowadząc działania operacyjne nie sposób ograniczyć się do ideologicznej nowomowy, trzeba posługiwać się językiem umożliwiającym opis rzeczywistych zjawisk i procesów, trzeba umieć oddzielać slogany i deklaracje od faktów.

 

Nic zatem dziwnego w tym, że to filar systemu pierwszy dostrzegł nagość króla.

 

 

 

Przypisy:

 

(1) J. Staniszkis, Mój komentarz, PT, nr 20, 17.05.92, s. 2.

 

(2) Dz. Ustaw, nr 34, poz. 179.

 

(3) Uchwała składu siedmiu sędziów SN z dn. 17.05.91. Niepublikowana – cytowana i komentowana przez prof. Krystynę Daszkiewicz w tekście Toruńskie porwania, Wokanda, nr 37, 15.00.91. Zob. też Wanda Falkowska, Przebaczenia nie będzie, GW, nr 129 A, 05.06.91, s. 14.

 

(4) Za stenogramem opublikowanym w GP, nr 214, wyd. B, 30.10-01.11.82, s. 7.

 

(5) J. Staniszkis, Ontologia socjalizmu, Warszawa 1989, Wydawnictwo In Plus, s. 125 i nast. Warto zaznaczyć, że praca ta powstała w ’87 r.

 

(6) Michał Grocki (pseudonim), Konfidenci są wśród nas…, Warszawa 1992, Editions Spotkania, s. 14. Jest to książka opracowana na podstawie materiałów archiwalnych przebadanych przez pracowników Wydziału Studiów MSW powołanego przez min. Macierewicza.

 

(7) Zob.: pouczający opis zawartości teczki obiektowej, Stanisław Harasimiuk, ściśle tajne, Wokanda, nr 2, 01.04.90, s. 50.

 

(8) Aleksander Kwaśniewski, swego czasu prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, podał, iż w delegacji PKOL na olimpiadę w Seulu w 1988 było dwóch ludzi z bezpieczeństwa (za artykułem Teresy Kuczyńskiej, Z uporem – na czele, TS, nr 28, 1991; przedruk w: Angora, nr 30, 27.07.91, s. 2).

 

(9) O TW wśród prostytutek zob.: Paweł Szpecht, Tajniak pod pierzyną, w: tenże, Sekspansja, Gdańsk 1990, Oficyna Wydawnicza „Biały Kruk”, s. 21-30.

 

(10) Rozmowa Dariusza Knapika z por. Stanisławem Polichtem, oficerem SB WUSW we Włocławku, GT, nr 233, 06.10.87, s. 3.

 

(11) Byłem człowiekiem Kiszczaka, Generał Marek Ochocki w rozmowie z Krzysztofem Spychalskim, Łódź, Wydawnictwo „Athos”, 1992, s. 11, 128.

 

(12) Źródło osobowe „C”.

 

(13) Rozmowa Ewy Wilcz-Grzędzińskiej, TS, nr 40, 04.10.91, s. 10.

 

(14) Andrzej Golimont, Generałowie bezpieki, Warszawa 1992, „BGW”, s. 123.

 

(15) Zob. zwłaszcza uwagi Staniszkis o poprzedzającej upadek komunizmu „nieformalnej transformacji praw własności w sektorze państwowym” (Ontologia socjalizmu, s. 126 i n.).

 

(16) Pewne przybliżenie tej problematyki oferuje rozdz. pt. „Uwłaszczenie nomenklatury” w ksiażce Jacka Tittenbruna, Upadek socjalizmu realnego w Polsce, Poznań 1992, Dom Wydawniczy REBIS, s. 142-62.

 

(17) Mieczysław F. Rakowski, Jak to się stało, s. 90.

 

(18) M.in. źródło osobowe „K”, pracownik operacyjny SB, prowadzący siatkę TW. Z niektórymi swymi dawnymi informatorami przyjaźni się do dzisiaj.

 

(19) Bohdan Węsierski, Żoliborz – dzielnica prorządowa, Barwy, nr 5, 1981, s. 6; nawiązania do tego tekstu w nr 7, s. 2 i nr 8, s. 2.

 

(20) Pewien wgląd we wpływy MSW i MON w MSZ daje książeczka Tadeusza Kosobudzkiego (chyba pseudonim), „MSZ od środka”. Jeden przykład: „Pewne kraje Ameryki Łacińskiej, Azji czy Australia utrzymują bardzo wysokie cła na importowane samochody, szczególnie luksusowe. Pracownik dyplomatyczny jest z tego cła zwolniony i po okresie karencji, najczęściej dwuletniej, może taki samochód sprzedać. I sprzedaje go z dużym zarobkiem – kilka lub kilkanaście tysięcy dolarów. (…) Na placówce przebywało się najczęściej 4 lata. Rachunek jest więc prosty”, Chicago-Toronto- Warszawa, Andy Grafik Ltd, s. 59-600.

 

(21) Cytat za dokumentem ogłoszonym w PT, nr 50, 16.12.90, s. 15.

 

(22) Źródło osobowe „E”.

 

(23) Mirosław Roguski w rozmowie z Witalijem Swietłowem, Tajemna współpraca. Jak upadała PRL, Warszawa 1993, Agencja Wydawnicza Interster SA, s. 100, 101. Nawiasem mówiąc, wartość informacyjna tej książki jest b. nikła. Tytuł zdecydowanie na wyrost.

 

(24) Na podstawie informacji ustnej od ówczesnego łapówkodawcy.

 

(25) Źródło osobowe „L”.

 

(26) Byłem człowiekiem Kiszczaka, s. 216.

 

(27) Jan Widacki, Czego nie powiedział generał Kiszczak, Warszawa 1~2, „BGW”, s. 73.

 

(28) Witold Bereś, Jerzy Skoczylas, Generał Kis=k mówi… (Kawie wszystko, Warszawa 1991, „BGW”, s. 172.

 

(29) Iwona Jurczenko (patriota czy zdrajca, PiŻ, nr 41, 10.10.92, s. 7) – na podstawie wypowiedzi pułkownika 000Stanisława Radaja, który znał Kulińskiego prawie 20 lat, a ostatnie 10 lat przed ucieczką pracował z nim w jednym pokoju w Sztabie Generalnym.

 

(30) Zob.: Henryk Piecuch, Wojciech Jaruzelski tego nigdy nie powie, Rozmowy z generałem Pożogą, Warszawa 1992, Wydawnictwo Reporter; Jerzy Sławomir Mac, Przesłuchanie supergliny (wywiad z Franciszkiem Szlachcicem), Warszawa 1990, Wydawnictwo Fakt.

 

(31) Zob. np. Sprawozdanie z działalności komisji powołanej do wyjaśnienia charakteru operacji „Żelazo”, dodatek specjalny Wokandy, pt. Tajemnice afery „ŻELAZO”; Iwona Jurczenko, Krzysztof Kilijanek, „Ludzie z ‚żelaza’. Największa afera w polskim wywiadzie”, Polska Oficyna Wydawnicza „BAW”, Warszawa 1991. Ostrożność winna skłonić autorów do sformułowania podtytułu w postaci: Największa ujawniona afera w polskim wywiadzie. Obecnie wiele zdaje się wskazywać na to, iż w porównaniu np. z aferą FOZZ sprawa „Żelazo” to robota chałupnicza. Kozłowski, były minister SW: „Są dwa elementy charakterystyczne w sprawie ‚Żelazo’. Po pierwsze, zachowanie się Milewskiego, kiedy przyszli po niego rano. Wyraźnie przestraszony, od razu zapytał, jakie stawia mu się zarzuty. Kiedy dowiedział się, że chodzi o ‚Żelazo’, odetchnął z ulgą i niemalże widać było, jak opada z niego niepokój i napięcie. Jak ręką odjął. Po drugie, kiedy tylko sprawa aresztowania Milewskiego wyszła na jaw, niezwykle nerwowo zaczęły zachowywać się tajne służby pewnego ościennego państwa. Uczyniły tyle dziwnych, nerwowych kroków, że nawet nasz początkujący w porównaniu do tamtejszych służb kontrwywiad potrafił je wykryć i zwrócił nam uwagę na niebezpieczne ożywienie w tej materii” (Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, Gliniarz z „Tygodnika”. Rozmowy z byłym ministrem spraw wewnętrznych Krzysztofem Kozłowskim, Warszawa 1991, Polska Oficyna Wydawnicza „BAW”, s. 59). Wchodzą tu w grę tylko dwa kraje. Niemcy – ze względu na to, iż bohaterowie „Żelaza” operowali na ich terenie i ZSRR – ze względu na znane powiązania Milewskiego z tym krajem. Nerwowy staje się ten, kto ma wiele do stracenia. Warto też zauważyć, iż nieznana pozostaje rola służb specjalnych LWP w tej aferze.

 

(32) Zob. Roman Urbaniak, „Afera brylantowa” – prowokacja bezpieki, Wokanda, nr 11-20, 03.-05.08.90. Nieco sfabularyzowaną (ale opartą na autentycznych dokumentach) wersję tej historii przedstawiają Marek Bartnik i Zbigniew Krzysztyniak w książce Brylantowa mafia, Warszawa 1991, Reporter.

 

(33) Piotr Pytlakowski, Al… Troista, Nowości, nr 231, 29.11.91, s. 3 i 8, przedruk z PT.

 

(34) Rafał Węgierkiewicz, Warszawa 1992, Prolog, s. 80.

 

(35) Tamże, s. 79, 95.

 

(36) W latach osiemdziesiątych działały na podstawie ustawy z dn. 6 lipca ’82

 

(37) Rozmowa Marka Barańskiego z Henrykiem Bosakiem (pseudonim), „Nie”, nr 40, 01.10.92, s. 6.

 

(38) Zob. Tom Bower, Maxwell’s Moscow Connection, The Sunday Times, 08.12,91 (Bower napisał głośną nieautoryzowaną biografię Maxwella, tekst ten jest fragmentem jej nowego wydania); James Blitz, Maxwell ‚spied’ for Britain, The Sunday Times, 15.1291, s. 6; Roman Boreyko, Cień Maxwella nad City, NS, 26.06.92, nr 149, wyd. P, s. 4.

 

(39) Zob. Carl Blumay, with Henry Edwards, The Dark Side of Power: The Real Annand Hammer, Simon & Schuster 1992. Por. co na temat Hammera pisze Pierre de Villemarest w książce GRU: sowiecki superwywiad, Warszawa 1992, Editions Spotkania.

 

(40) O powiązaniach Moksela z MSW i Kiszczakiem mówi gen. Pożoga – zob. Henryk Piecuch, Wojciech Jaruzelski tego nigdy nie powie.

 

(41) Zob. np. Eric Laurent, „Złoto Moskwy jest ukryte w Szwajcarii”, Rzeczpospolita, nr 148, 25.06.91, s.6.

 

(42) Tadeusz Żabicki, Co chce ukryć Milczanowski?, NS, nr 146, wyd. P, 23.06.92, s. 2.

 

(43) Marta Michalska, Do wszystkich. Wojna siedemnastoletnia Zbigniewa Demidowa, Wprost, nr 3, 19.01.92, s. 53.

 

(44) M.in. pracownik UNCTAD w Genewie; 2 lata pracy w Banku Światowym – wg notki w PT, nr 35, 30.08.92, s. 4.

 

(45) Ludzie SB mają się dobrze, Rozmowa Tadeusza Żabickiego z Piotrem Naimskim, NŚ, 30.06.92, nr 152, s. 20

 

 

 

Źródło:

 

Andrzej Zybertowicz, CZĘŚĆ I SŁUŻBY SPECJALNE I „SAMOLIKWIDACJA” KOMUNIZMU, w: W uścisku tajnych służb. Upadek komunizmu i układ postnomeklaturowy, Wydawnictwo ANTYK, Warszawa 1993, s. 19-56.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TRZY RODZAJE ZABEZPIECZEŃ INTERESÓW NOMENKLATUROWYCH

 

 

 

 

 

Część II

 

 

 

 

 

ZABEZPIECZENIA AGENTURALNE

 

„Maksyma: jeśli coś można wytłumaczyć na wiele sposobów, wybierz wytłumaczenie najprostsze – nie ma zastosowania, gdy w grę wchodzą działania służb specjalnych.”(1)

 

Pełnych i bezpośrednich dowodów na rzecz przypuszczenia o istnieniu jakiś jednolicie zaprojektowanych, centralnie koordynowanych i skutecznie realizowanych zabezpieczeń agenturalnych nie mam. Jednak nawet jeśli zabezpieczenia takie mają charakter rozproszony i formowały się bardziej spontanicznie, niż w sposób centralnie sterowany, to i tak mamy tu do czynienia ze znaczącym faktem społecznym. To bowiem, iż pewne fakty są b. trudne do udowodnienia, nie znaczy, że przestają być elementami rzeczywistości społecznej. Istnieje dostatecznie duża liczba poszlak, by cały problem traktować bardzo poważnie. Zacznijmy od jednej z nich.

 

Przy okazji podpisywania przez Jaruzelskiego książki „Stan wojenny. Dlaczego…”, w Toruniu, „Gazeta Wyborcza” zapytała: „Czy liczy się Pan z oskarżeniem przed Trybunałem Stanu?

 

– Oczywiście. Przecież podjęto uchwałę uznającą stan wojenny za nielegalny. Sejm skierował sprawę do Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Komisja pracuje. Myślę, że wszyscy, którzy chcą taki spektakl urządzić powinni się nad tym dobrze zastanowić. Mogą spaść różne aureole” (podkr. AZ).(2)

 

Jak się niebawem przekonamy (zob. fragment poświęcony Wałęsie), szantaż nie jest metodą działania nową dla Jaruzelskiego. Niezależnie jednak od jego intencji, w interesie państwa polskiego jest, byśmy dowiedzieli się, nad czyimi głowami aureole świecą niezasłużenie. Lustracja służyć ma właśnie temu, by materiały zgromadzone przez Jaruzelskiego i jego towarzyszy utraciły swoją destrukcyjną dla naszego państwa moc polityczną. Już tylko ze względu na to, co powiedział powyżej, były I sekretarz powinien stanąć przed Trybunałem Stanu. Zasugerował on bowiem, iż dysponuje informacjami, których ujawnienie może wywrzeć istotny wpływ na stan spraw publicznych. Być może – niezależnie od i jego nielegalności – wprowadzenie stanu wojennego faktycznie leżało w interesie naszego społeczeństwa i Jaruzelski zostanie uniewinniony. Jednak, choćby tylko ze względu na tego typu wypowiedzi, przed Trybunałem Stanu stanąć powinien. Istnieje bowiem potrzeba, by poprzez publiczne prześwietlenie całej tej sprawy Wojciech Jaruzelski przestał wreszcie rzucać cień na naszą scenę polityczną.

 

 

Przejdźmy teraz do bardziej systematycznej charakterystyki zabezpieczenia agenturalnego. Można wyróżnić co najmniej sześć takich, pracujących względnie niezależnie od siebie pionów stanowiących podstawę tego zabezpieczenia. Cztery częściowo niezależne od siebie piony w obrębie MSW i dwa w MON. Wyliczmy je po kolei, scharakteryzujmy ich zadania i możliwości działania.

 

Po pierwsze, SB, czyli departamenty MSW: III, IV, V, VI jak i pracujące dla nich piony techniczne. W połowie ’89 funkcjonariuszy SB było 24-25 tysięcy. Liczbę rzeczywiście przydatnych TW, prowadzonych przez SB, szacuję na ok. 50 tysięcy.(3)

 

Po drugie, wywiad MSW – Departament I. Liczba zatrudnionych – od 600 do 1000.(4) Powszechnie uznawany za najbardziej geszefciarski w resorcie. Prawie wszystkie osoby, które udało się zwerbować do współpracy w związku z wyjazdami zagranicznymi (np. pracowników naukowych) próbowano, podczas ich pobytu w kraju, wykorzystywać do rozpracowywania opozycji.

 

Po trzecie, kontrwywiad MSW – Departament II.

 

Po czwarte, Zarząd Zwiadu WOP. Prowadził on agenturę w rejonach przygranicznych (przypominam, iż województw nadgranicznych jest 21) oraz w międzynarodowych portach lotniczych. Liczba współpracowników Zarządu Zwiadu WOP była bardzo duża – sądzę, iż rzędu kilkunastu tysięcy. Od czasu rozpoczęcia walki z opozycją „zadaniowano” ich pod kątem przekazywania informacji o przeciwniku politycznym.

 

Po piąte, kontrwywiad wojskowy, tj. Zarząd III WSW. W połowie lat osiemdziesiątych służyło tu ok. 4.500 pracowników (prawdopodobnie łącznie z zapleczem technicznym). Według ówczesnych wytycznych od każdego pracownika operacyjnego wymagano prowadzenia ok. 10 TW. Szacuje się, iż mniej więcej 20 % TW nie było zatrudnionych w wojsku; wiązało się to z zainteresowaniem cywilnym otoczeniem wojska – rodziny, mieszkańcy okolic jednostek itd.(5)

 

Po szóste, wywiad wojskowy – Zarząd II Sztabu Generalnego. Nie dysponuję wiarygodnymi danymi, co do liczby pracowników – spotkałem się szacunkiem ok. 2000 osób.

 

Należy też pamiętać, iż wykorzystywano do celów infiltracji i inwigilacji politycznej tajnych współpracowników MO – w tym zwerbowanych poprzez kontakty ORMO-wskie.

 

Wreszcie, pomijana zazwyczaj, agentura wewnętrzna. Po zabójstwie księdza Popiełuszki w MSW powstaje Zarząd Ochrony Funkcjonariuszy (ZOF) podległy bezpośrednio ministrowi, z Inspektoratami (IOF) w WUSW-ach. Była to formacja elitarna. „W całej Polsce funkcjonariuszy ZOF-u było mniej niż 200, z tego około 30 w centrali.”(6) Prowadził on rozpracowania operacyjne i swoją sieć informator6w (rzecz jasna także z odpowiednimi kartotekami) wśród funkcjonariuszy MSW. Nie wiem, czy dziś ktokolwiek poza dawnymi mocodawcami tej służby, orientuje się ilu agentów ZOF-u nadal pracuje w UOP, policji i innych: ważnych instytucjach publicznych.

 

Jasne jest, że przydatność wielu z zarejestrowanych agentów (może nawet: większości) była niewielka. Tylko niektórzy z nich faktycznie zasługiwali na miano tzw. agentury manewrowej, tzw. współpracowników nie tylko biernie dostarczających informacji, lecz też potrafiących działać aktywnie: promować lub blokować kariery wskazanych ludzi, wywierać istotny wpływ na poglądy i działanie określonych środowisk i organizacji, uczestniczyć w realizacji skomplikowanych przedsięwzięć zagranicznych. Tym niemniej, agentura manewrowa nie jest wymysłem tylko ze sprawozdań.

 

Agentura penetruje wszystkie sfery życia społecznego (tak w kraju jak i wśród Polonii), choć oczywiście skoncentrowana jest na rozpracowywaniu środowisk uznawanych przez PZPR i same służby specjalne za newralgiczne. Na podstawie tych elementów mozaiki informacyjnej, jaka już przedostała się do wiadomości publicznej – większość materiałów dotyczących tych agentów, umożliwiających nad nimi kontrolę operacyjną, w takiej czy innej postaci jednak istnieje — w MSW i poza nim, w kraju i poza nim. Rzecz jasna, obecnie pozapaństwowi posiadacze nie mają takiej skali środków osobowych i technicznych, by z całą tą agenturą regularnie pracować. Nie jest to jednak niezbędne do tego, by agenci owi nadal zachowywali przydatność dla swoich dawnych lub/i nowych mocodawców, stanowiąc poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.

 

Szantażować można kogoś nie tylko groźbą ujawnienia faktu, iż był agentem. Można też szantażować grożąc ujawnieniem kompromitujących informacji, za pomocą których skłoniono daną osobę do tego, by agentem została. Wreszcie trzeba dodać rzecz dość rzadko poruszaną: wcale nie trzeba było być agentem, aby teraz móc być poddanym szantażowi. Archiwa MSW zawierały mnóstwo materiałów kompromitujących, informacji o mniejszych i większych grzeszkach tysięcy ludzi, którzy z różnych powodów agentami nie zostali. Na przykład, partyjny dyrektor państwowego zakładu pracy, na którego kombinacje patrzono przez palce, dlatego, iż był to swój człowiek, zawsze chętny do współpracy lub dzielenia się łupami, nigdy nie rejestrowany jako agent. Jednak na wszelki wypadek gromadzono materiały i na niego. Nie wiadomo, ile z takich materiałów znajduje się poza resortem lub/i poza krajem. Między innymi z tego powodu lustracja musi być wsparta dekomunizacją.

 

By przybliżyć nieco sposoby wykorzystywania TW zacytuję poniżej fragmenty ogłoszonego przez dziennikarza, Jana Dziadula, pisma z-cy komendanta wojewódzkiego ds. SB w Katowicach do ówczesnego dyrektora Departamentu IIIA (później przemianowny na Departament V) MSW, gen. Władysława Ciastonia. Datowane 21.09.81 r., prezentuje ono koncepcję działań w stosunku do Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego i Krajowej Komisji Górniczej w przypadku operacji „Wrzos” (zatrzymywanie osób do internowania) – w okresie, gdy nie było jeszcze decyzji o zawieszeniu delegalizacji „S” na wypadek wprowadzenia stanu wojennego. Według tego dokumentu po zatrzymaniu części prezydium Zarządu Regionu należy:

 

„Doprowadzić do odpowiedniego ukształtowania struktury Zarządu i przejęcia kierownictwa Zarządu poprzez realizację następujących działań:

 

– Doprowadzenie do przejęcia funkcji przewodniczącego ZR przez (tu funkcja i nazwisko – J. D.), który w kręgach ‚Solidarności’ znany jest z reprezentowania tzw. linii związkowej.

 

– W tym celu opracować dla (nazwisko – J.D.) linię postępowania uwzględniającą przejęcie we władanie siedziby Zarządu Regionu przy poparciu jego zwolenników i wytypowanych przez nas działaczy ‚Solidarności’.

 

– Dla tajnych współpracowników przekazać zadania, aby w przypadku kształtowania nowych władz regionu udzielili poparcia (nazwisko – J.D.), propagowali zasadność przejęcia przez niego funkcji przewodniczącego, jak również, żeby bezpośrednio zaangażowali się w udzielenie mu poparcia i pomocy w przejęciu siedziby ZR.

 

– Dla pełnego opanowania sytuacji w ZR wprowadzić w skład Prezydium i Zarządu następujące osoby, znane z pozytywnych postaw i gwarantujące realizację działalności zgodną z linią polityczną partii i rządu (tu dołączona została lista z 21 nazwiskami – J. D.).

 

Równolegle wprowadzi się do komisji zakładowych wiodących zakładów przemysłowych osoby gwarantujące kierowanie związkiem zgodnie z linią polityczną partii i rządu, a jednocześnie popierających działania nowego Zarządu. W koncepcji odpowiedniego kształtowania władz Zarządu planuje się również wykorzystanie wiceprzewodniczącego (tu nazwisko – J.D.), który według posiadanego rozpoznania może być skłonny do współpracy w zamian za określoną wysoką kwotę finansową. Wariant ten przewiduje się w przypadku nie zrealizowania wcześniejszej koncepcji z przyczyn od nas niezależnych. W tym przypadku wspomniany kandydat na przewodniczącego otrzyma również wskazówki od nas, na których działaczach ‚Solidarności’ ma się oprzeć.”(7)

 

Dokument ten warto skomentować. Podkreślić trzeba, iż TW nie byli wykorzystywani jedynie jako bierni obserwatorzy przekazujący informacje; używano ich w celu aktywnego kształtowania sytuacji w „S”. Z jakim skutkiem – to osobna sprawa. Z tą kwestią wiąże się uwaga druga: zgodnie z regułami działania służb specjalnych formułowano wariantowe scenariusze działań. Zauważmy też, iż wskazane możliwości infiltracyjnego oddziaływania na „S” dotyczą okresu września ’81. Od stanu wojennego SB była rozbudowywana, a penetracja środowisk opozycyjnych zintensyfikowana. Możemy sobie wyobrazić, jak wiele udało się uzyskać do ’89.

 

Pragnąc uzyskać orientację co do możliwości SB w skali kraju, trzeba uwzględnić specyfikę województwa katowickiego. Komendantowi wojewódzkiemu podlegało tam 16 tysięcy funkcjonariuszy MO i SB, podczas gdy np. komendantowi legnickiemu tysiąc trzystu.(8) Można więc przyjąć, iż mamy tu prawdopodobnie do czynienia z górnym poziomem nasycenia agenturalnego w skali kraju w danym czasie.

 

Nie sposób nie zwrócić w tym miejscu uwagi na inną kwestię. Wszystko wskazuje, iż Dziadul, dziennikarz „Polityki”, uzyskał dostęp do materiałów wprost wymieniających wielu TW. Kto zadecydował o udzieleniu mu takiej zgody w sytuacji, gdy kierownictwo MSW cały czas oficjalnie przeciwstawiało się ujawnianiu list TW? Możemy tylko pytać, ile jeszcze osób otrzymało taki prezent?!

 

Być może sporo jeszcze czasu upłynie zanim dowiemy się, do jakich gier prywatnych, gospodarczych i politycznych wykorzystano już rozmaite wykazy TW zanim jeszcze Antoni Macierewicz zabrał się za oficjalne przygotowywanie lustracji? Jednak tylko jego oskarża się o polityczne wykorzystanie tego rodzaju materiałów.

 

 

Dziś jest już jasne, iż tzw. masowe niszczenie dokumentów PZPR i akt służb specjalnych służyło – jak się wydaje – trzem zasadniczym celom:

 

1. Usunięciu materiałów, które mogłyby zostać wykorzystane w celu pełnego ujawnienia oblicza komunistycznej władzy – w tym stopnia dyspozycyjności i serwilizmu wobec Moskwy. Generał Ochocki: „Proszę pamiętać, że rok 1989, kiedy decyzje w sprawie niszczenia dokumentów zostały podjęte, to czas, gdy funkcjonowała jeszcze w naszym resorcie komórka KGB.”

 

2. Usunięciu dokumentów mogących posłużyć jako dowody dla prawnego rozliczenia przestępstw popełnionych przez funkcjonariuszy PRL. Chodzi o materiały, które mogłyby umożliwić wykrycie czynów stanowiących przestępstwa nawet na gruncie ówcześnie obowiązującego prawa (np. afery finansowe) jak i materiały pomocne dla wyjaśnienia okoliczności śmierci ks. Stanisława Suchowolca lub zbadania, czy SB planowała pozbawienie życia ks. Adolfa Chojnowskiego.(11)

 

3. Było przykrywką masowego – tak centralnie koordynowanego jak i powodowanego indywidualną przedsiębiorczością – wyprowadzania poza właściwe instytucje tych akt, których ujawnienie mogłoby uniemożliwić lub utrudnić zabezpieczenie agenturalne. Ochocki: „Według mnie (…) najwięcej chyba zniszczono dokumentów dotyczących ostatniego dziesięciolecia. Chodziło po prostu o schowanie pewnych gier operacyjnych, które były prowadzone w stosunku do opozycji.”(12)

 

Swego czasu wielokrotnie komentowano zadziwiający fakt, że przy weryfikacji funkcjonariuszy SB „surowość członków komisji wzrastała szczególnie w tych województwach, w których opozycja praktycznie w latach osiemdziesiątych nie istniała, SB nie miała więc jakichkolwiek powodów do ścigania pewnych grup obywateli i ich prześladowania. I na odwrót: obywatele nie mieli w zasadzie kontaktów z tą służbą, a więc i szczególnych powodów do obdarzania jej wyjątkowo złymi uczuciami.” Autor tej wypowiedzi pyta: „Czyżby więc działalność komisji dała niektórym okazję do zmazania swej wcześniejszej winy bierności i strachu?”(13) Myślę, że może warto rozważyć także inne wyjaśnienie? W regionach, gdzie nie działała opozycja, mniejsze było nasycenie agenturą i mniejsze przeto prawdopodobieństwo znalezienia się agentów w komisjach weryfikacyjnych! Z drugiej strony, tam gdzie zorganizowana opozycja nie istniała, SB nierzadko poczynała sobie bardziej brutalnie, niż w regionach, gdzie podziemna „S” była silna i potrafiła nagłośnić represje. Przeto tam właśnie SB „zapracować” sobie mogła na surowsze potraktowanie.

 

 

 

 

 

KONTRWYWIAD WOJSKOWY JAKO BEZPIEKA

 

W porównaniu z tym, co ujawniono na temat działalności służb specjalnych LWP, wiedza o służbach MSW jest już spora. Jeśli bowiem czegoś nie przeoczyłem, to poza b. szefem ochrony Wojciecha Jaruzelskiego, Arturem Gotówko, żaden z byłych ludzi MON nie przedstawił opowieści szkicującej (wyrywkowo, oczywiście, że bardzo wyrywkowo!) kulisy pracy wojskowych służb specjalnych.(14) Powiem od razu, iż argument, że wchodzą tu w grę kwestie obronności kraju – co ma wskazywać na specyfikę służb wojskowych w odróżnieniu od cywilnych – jest nie do utrzymania.

 

Po pierwsze, wielka część owych sekretów obronnych, to informacje związane z funkcjonowaniem LWP w strukturach Układu Warszawskiego. W sytuacji przejęcia armii NRD przez Bundeswehrę, w warunkach przejścia naszej armii na nową politykę obronną i przeorganizowywania wojska, znaczna (jeśli nie przeważająca) część owych tajemnic ma obecnie podobną wartość wywiadowczą, co wiedza o zasadach organizacji legionów rzymskich. Po drugie, wojskowe służby specjalne nie tyle służyły interesom państwa, co układom polityczno-partyjnym. W bardzo szerokim zakresie były wykorzystywane do walki z opozycją polityczną. Ten wątek został już zasygnalizowany wcześniejszym cytatem z wypowiedzi posła Okrzesika. Jednakże, skoro można już dziś zrekonstruować przybliżony obraz roli SB w naszej transformacji ustrojowej, to rola służb wojskowych nadal pozostaje w cieniu w niepokojącym stopniu.

 

Zdaniem Widackiego, aż do końca lat siedemdziesiątych rola WSW w walce z opozycją była minimalna. „Sytuacja zmieniła się w latach osiemdziesiątych, gdy generał Jaruzelski został premierem. Wtedy też zaczęto zlecać różnym służbom WSW zadania na zewnątrz wojska. Wojskowa obserwacja uganiała się za członkami opozycji, niewiele mniej niż SB. Przy okazji różnych spraw raz po raz napotykamy ślady działań wojskowej obserwacji. (…)

 

Zdarzało się, że gdy gen. Kiszczak chciał sprawdzić rzetelność lub skuteczność różnych komórek MSW, a nawet lojalność poszczególnych podwładnych w swym nowym resorcie, korzystał z usług WSW.(15) To za jego czasów i za jego sprawą WSW stało się, jak mówią dziś wojskowi, ‚drugą ubecją’. Granica między wywiadem i kontrwywiadem – także wojskowym – a policją polityczną uległa zamazaniu z wszystkimi tego konsekwencjami, z moralnymi włącznie (podkr. AZ).(16)

 

W połowie lat ’80 pracy ściśle kontrwywiadowczej poświęcano nie więcej niż 20% czasu i środków.(17) Gotówko mówi: „Nie znam dokładnej liczby, ale sądzę, że około siedemdziesięciu-dziewięćdziesięciu procent wysiłku naszych służb specjalnych szło na walkę z Solidarnością. Taka była decyzja Kiszczaka wykonującego wolę pierwszego sekretarza.”(18)

 

Na przykład, oficerowie mający pod swoją opieką m.in. studia wojskowe wyższych uczelni leżących na terenie Oddziałów WSW, rozbudowywali agenturę także wśród cywilnej kadry akademickiej.(19) W kontrwywiadzie wojskowym istnieli też pracownicy operacyjni, którzy formalnie mieli zajmować się osłoną rodzin wojskowych przed wpływami duchowieństwa katolickiego. W istocie niekiedy prowadzono normalne rozpracowania księży.(20) Występując jako świadek w procesie generałów Ciastonia i Płatka, były z-ca ds. SB szefa WUSW w Bydgoszczy, Stefan S. „potwierdził (…) słowa innego z funkcjonariuszy milicji bydgoskiej, który zeznał, że zdarzało się, iż tym samym człowiekiem mogły interesować się służby wojskowe. Kanałami WSW płynęły także informacje dotyczące Kościoła, zwłaszcza po wprowadzeniu stanu wojennego – powiedział Stefan S. To miała być współpraca, ale ja – dodał – nie byłem z tego zadowolony, ponieważ wchodzili w moje kompetencje i usiłowali nas kontrolować.”(21)

 

„Zwiad WOP-u spełniał w rejonie przygranicznym wszystkie te funkcje, które bezpieka wykonywała na całej reszcie kraju. (…) graniczne punkty kontrolne, nastawione były na równi na ujawnianie i unieszkodliwianie osób podejrzanych o terroryzm, jak i osób podejrzanych o powiązania z podziemnymi strukturami byłej „Solidarności”. Szereg działań WOP-u nastawionych było na wyłapywanie przewożonych przez granicę środków materiałowych i wydawnictw o wrogiej treści, przeznaczonych do wspierania ugrupowań opozycyjnych w kraju, jak głosiła instrukcja. Obiektem działań operacyjnych zwiadu WOP było też duchowieństwo rejonu przygranicznego. Zwiad zbierał również dane o nastrojach ludności. Zachowywał się, krótko mówiąc, jak klasyczna bezpieka.”(22)

 

Starano się umocnić pozycję wojskowych służb specjalnych przy okazji działalności tzw. terenowych grup operacyjnych, wprowadzonych przed stanem wojennym. Po powrocie z terenu ich członkowie odbywali regularne spotkania z oficerami kontrwywiadu. W niektórych regionach do umocnienia pozycji kontrwywiadu wojskowego (tak wobec partii jak i MSW) próbowano wykorzystać komisarzy wojskowych, ustanowionych wraz z wprowadzeniem stanu wojennego. Trudno mi określić bliżej rolę tych komisarzy w agenturyzacji zakładów pracy i instytucji państwowych, które nadzorowali, nie była ona jednak bez znaczenia. Pod tym samym kątem należałoby się przyjrzeć tak niewinnej służbie jak Obrona Cywilna. W sporej mierze to nastroje ludności były przedmiotem zainteresowania i służb OC.(23) Być może pod tym względem OC odgrywała podobną rolę jak ORMO – liczące w lutym ’82, w skali kraju, ponad 352 tys. członków.(24) Niezależnie od faktu, iż sporą cześć tych członków to martwe dusze, ORMO stanowiło dla milicji i SB ważne źródło rekrutacji TW.

 

Tezy Widackiego wspiera poseł Janusz Okrzesik, przewodniczący podkomisji sejmowej badającej niszczenie akt WSW. Wskazuje on, iż jedną z przyczyn niszczenia była „chęć ukrycia faktu, że WSW zajmowało się zwalczaniem cywilnej opozycji politycznej. Służba ta zawsze zajmowała się tymi sprawami, z tym, że wzrost jej zainteresowania nastąpił w momencie, kiedy szefem WSW został generał Kiszczak. Gdy objął on z kolei stanowisko ministra spraw wewnętrznych, kontrwywiad wojskowy zaczął być wykorzystywany do ścisłej współpracy z SB.

 

W latach osiemdziesiątych walka ze szpiegostwem znajdowała się wyraźnie na drugim planie zainteresowań kontrwywiadu. Głównym zadaniem tej służby stało się zwalczanie opozycji. W wojsku, ale przede wszystkim – poza wojskiem. To właśnie kontrwywiad, a nie SB, rozpracował i doprowadził do aresztowania Władysława Frasyniuka. Takich spraw było znacznie więcej.

 

Działalność tę kontynuowano już po wyborach czerwcowych. (…) Z naszych informacji wynika, że WSW posiadało we wszystkich ugrupowaniach politycznych około 30 ‚źródeł informacji’. Nie byli to jednak, przynajmniej jeśli chodzi o „Solidarność” czy w ogóle o dawną opozycję, działacze wysoko postawieni.”(25)

 

Ciekawe mogłoby się okazać, jakie były dalsze losy tych ówcześnie niezbyt wysoko postawionych działaczy… Według wiceministra ON, Bronisława Komorowskiego, agenturalne rozpracowanie opozycji przez służby wojskowe stanowiło 7% tego, co uzyskał resort SW.(26)

 

W kręgach opozycji w Toruniu był swego czasu analizowany (udokumentowany)(27) przypadek z początku ’81. Kontrwywiad wojskowy posłużył się żołnierzem służby czynnej do infiltracji Niezależnego Zrzeszenia Studentów na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika – dziewczyna żołnierza była działaczką NZS.

 

Działo się to jeszcze w czasie, gdy Jaruzelski był tylko ministrem ON. On sam potwierdza wykorzystywanie służb wojskowych do zadań politycznych, pisząc przy okazji omawiania incydentu bydgoskiego z marca ’81: „Zażądałem informacji z MSW i WSW” (podkr. AZ). (28)

 

Zakończmy ten fragment pytaniem: jak wyjaśnić to, iż Jan Majewski, w latach ’60 pracownik ambasady PRL wydalony pod zarzutem szpiegostwa z Wielkiej Brytanii,(29) „Absolwent i pracownik m. in. Wojskowej Akademii Politycznej im. F. Dzierżyńskiego, pułkownik LWP, od 1971 r. w służbie dyplomatycznej, [który] podsekretarzem stanu został w 1985 r.”, nieprzerwanie pełnił to ostatnie stanowisko aż do połowy sierpnia 1992 r.,(30) a po opuszczeniu został attache wojskowym w naszej ambasadzie w Pakistanie? Jakim panom służy przez ostatnie lata?(31)

 

Kończąc ten fragment, przypomnę tylko, iż wojskowe służby specjalne nie zostały poddane nawet tak niedoskonałej weryfikacji jak ta, która objęła SB. Przeprowadzając weryfikację w SB przyjęto m.in. zasadę, by eliminować funkcjonariuszy po szkołach KGB. Tym bardziej niepokojące muszą być powtarzające się informacje, że przy okazji reorganizacji wojskowych służb specjalnych (WSW została rozwiązana we, wrześniu ’90, a wywiad wyprowadzono poza strukturę Sztabu Generalnego) i przekształceniu ich w WSI – Wojskowe służby Informacyjne dokonano selekcji idącej w odwrotną stronę. Pozbywano się przede wszystkim tych oficerów, którzy nie mieli na swoim koncie dyplomów tak zwanych „dwóch Feliksów”: Wojskowej Akademii Politycznej im. F. Dzierżynskiego w Warszawie i szkoły KGB.

 

 

 

Przypisy:

 

(1) Emerytowany oficer kontrwywiadu wojskowego.

 

(2) (dar), Bezpartyjny, GR, nr 203, 29.08.92, s. 1.

 

(3) „Wymogi generała Kiszczaka były takie, by jeden etatowy pracownik operacyjny SB miał od dziesięciu do dwunastu tajnych współpracowników” (Byłem człowiekiem Kiszczaka, s. 198). Z drugiej strony, nie potrafię dokładniej oszacować, ilu ze wskazanych 24 tysięcy funkcjonariuszy należy uznać za pracowników operacyjnych – pewno nie mniej niż 50%. Twierdzi się też, iż wymaganie pracy z taką liczbą informatorów był nierealistyczny, że jeden pracownik nie jest w stanie prowadzić tylu TW i zalecenie Kiszczaka prowadziło do tworzenia w ewidencji martwych dusz.

 

(4) Teczki bezpieki, s. 157.

 

(5) Dane za źródłem osobowym „E”.

 

(6) Jan Widacki, Czego nie powiedział generał Kiszczak, Warszawa 1992, „BAW”, s. 153.

 

(7) Jan Dziadul, Lato ’80 – Brzoza. Jak przygotowywano stan wojenny – z tajnych archiwów, Polityka, nr 45, 10.11.W, s. 10; por. tenże, Rozstrzelana kopalnia, Warszawa 1991, „BGW”, s. 188; istnieją drobne różnice między wersjami tego dokumentu w obu publikacjach.

 

(8) Byłem człowiekiem Kiszczaka, Generał Marek Ochocki w rozmowie z Krzysztofem Spychalskim, Łódż, Wydawnictwo „Athos”, 1~2, s. 144.

 

(9) Byłem człowiekiem Kiszczaka, s. 207.

 

(10) Poseł Janusz Okrzesik, przewodniczący Podkomisji Specjalnej do Spraw Zbadania Działalności byłej WSW twierdzi, iż „Chodziło o zatarcie śladów pospolitych afer finansowych, za które odpowiedzialne były osoby ze ścisłego kierownictwa WSW Z generałem Bułą na czele. Chodzi tu m.in. o sprawę losu tzw. depozytów – czyli mienia zajmowanego w czasie dokonywanych przez kontrwywiad aresztowań, wykorzystywanie do celów prywatnych służbowych lokali, ciemne interesy związane z polowaniami organizowanymi przez ministerstwo. Zajmie się tym wszystkim spowodowana przez nas kontrola NIK” (rozmowa Piotra Skwiecińskiego, ŻW, nr 29, wyd. 3, 04.02.91, s. 2; podkr. AZ). Nie słyszałem o żadnych rezultatach tej kontroli ani nawet o jej przeprowadzeniu.

 

(11) Zob. np. Kazimierz Sulka, Dostałem rozkaz zabicia księdza…, Gdańsk 1989, NSZZ „Solidarność”.

 

(12) Byłem człowiekiem Kiszczaka, s. 207.

 

(13) Kajetan Mucha, Spalone „bezpieczniki”, Gazeta Wspólna, nr 13, 04.10.90, s. 7.

 

(14) Henryk Piecuch, Byłem gorylem Jaruzelskiego, Warszawa, Oficyna Wydawnicza „Reporter” 1993.

 

(15) Potwierdzone przez źródło osobowe „E” – np. wysłano oficerów kontrwywiadu wojskowego do kościołów z poleceniem przekazania informacji o treści kazań.

 

(16) J. Widacki, Czego nie powiedział generał Kiszczak, s. 178.

 

(17) Według szacunku jednego z moich konsultantów, b. oficera kontrwywiadu wojskowego – źródło „E”.

 

(18) Henryk Piecuch, Byłem gorylem Jaruzelskiego, Warszawa, Oficyna Wydawnicza „Reporter” l993, s. 171.

 

(19) Żródło osobowe „E”.

 

(20) Źródło osobowe „Ń”.

 

(21) (jano), Proces Ciastonia i Płatka. Niewygodne informacje, NŚ nr 239, wyd. K, 10-11.10.92, s. 3.

 

(22) Widacki, Czego nie powiedział generał Kiszczak, s. 174-5. Przypomnijmy, że WOP pod względem logistycznym podlegał MON, a operacyjnie MSW.

 

(23) Źródło osobowe „R”.

 

(24) Rozmowa Andrzeja Monastyrskiego z Monasterskiego. Muszyńskim, kierownikiem Inspektoratu do Spraw Nieletnich Sztabu Stoł. ORMO, Żołnierz Wolności, nr 43, wyd. A, 21.02.83, s. 4.

 

(25) Rozmowa Piotra Skwiecińskiego, ŻW, nr 29, wyd. 3, 04.02.91, s. 2.

 

(26) Informacja podana na spotkaniu w klubie UD w Toruniu w okresie rządów Olszewskiego, gdy Komorowski już/jeszcze znajdował się poza MON. Nie udało mi się uzyskać jasnej odpowiedzi na pytania zmierzające do sprecyzowania tej informacji przez dookreślenie podstawy, względem której owe 7% zostało obliczone.

 

(27) Przypadkiem, w marcu ’82, w ręce zaangażowanych w działalność podziemną pracowników zakładu „Polchem” dostała się kaseta magnetofonowa, jeśli dobrze pamiętam, zakupiona w komisie. Zawierała ona rozmowę oficera kontrwywiadu wojskowego, w czasie której żołnierz służby zasadniczej instruowany był jak ma infiltrować organizację studencką. Z kontekstu rozmowy wynikało, iż miała ona miejsce w trakcie strajków o rejestrację NZS-u, na początku ’81. Żołnierz pytany też był o nastroje w swej baterii. Przeprowadzona w nerwowy sposób akcja kontrwywiadu wojskowego w celu odzyskania tej kasety (i pewno innych – skupiono wtedy kasety od wielu sprzedawców w mieście) potwierdziła autentyczność nagranej tam rozmowy.

 

(28) Wojciech Jaruzelski, Stan wojenny. Dlaczego…, Warszawa, „BGW”, s. 72.

 

(29) Jacek Kurski, Piotr Semka, Lewy czerwcowy, Warszawa, Editions Spotkania, s. 152; bez roku wydania.

 

(30) (abm), Czy rewolucja personalna w MSZ, NS, nr 183, 05.08.92, wyd. P, s. 2; por.: Piotr M. Rudnicki, Ministerstwo pod specjalnym nadzorem, NŚ, nr 187, wyd. P, 10.08.92. s. 2.

 

(31) O decydującej często roli służb MON i MSW w MSZ zob. Tadeusz Kosobudzki, MSZ od środka, Chicago-Toronto-Warszawa 1990, Andy Grafik Ltd.

 

 

 

Źródło:

 

Andrzej Zybertowicz, CZĘŚĆ I SŁUŻBY SPECJALNE I „SAMOLIKWIDACJA” KOMUNIZMU, w: W uścisku tajnych służb. Upadek komunizmu i układ postnomeklaturowy, Wydawnictwo ANTYK, Warszawa 1993, s. 19-56.

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 299 obserwujących.

Październik 2011
Pon T Śr T Pt S S
« Wrz   List »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  
%d bloggers like this: