Niedokończony proces bolka Wałęsy

Dodaj komentarz

Marzec 15, 2013 - autor: costerin

Lipman u boku bolka

Lipman u boku bolka

Wałęsa twierdził również, że dokumenty na jego temat zostały zniszczone (mam dowody, że 99% mojej dokumentacji zniszczono – mówił w lutym 1993 roku). A jego rzecznik prasowy Andrzej Drzycimski – powołując się na anonimowego rozmówcę, którego nazywa „byłym szefem specjalnej grupy SB prowadzącej sprawę o kryptonimie Bolek” – twierdził, że w ą989 r. w świeciu w Zakładach Celulozy i Papieru zniszczono 44 tomy akt Wałęsy i że nie było wśród nich potwierdzenia współpracy z SB.

Drugą najważniejszą kwestią związaną z aktami Wałęsy jest sprawa ich fałszowania. Jest ona szczególnie ważna – także z propagandowego punktu widzenia – ponieważ argumentu tego używa Wałęsa. Twierdzi, że WSZYSTKIE dowody jego współpracy zostały sfałszowane, podczas kiedy znane wiarygodne świadectwa mówią wyłącznie o fałszowaniu dokumentów dotyczących przedłużenia współpracy – chodzi tu o prowokacje przygotowane przez grupę, w której pracował E. Naszkowski.

Warto również wspomnieć argument dotyczący kserokopii. Już Kiszczak w cytowanej wyżej wypowiedzi twierdził, że jeżeli istnieją jakieś dokumenty to są to kserokopie.

 

*** W trakcie rozprawy lustracyjnej Wałęsy w 2000 r. odwołano się do ekspertyzy, która została dokonana w 1990 roku na zlecenie ówczesnego szefa UOP Andrzeja Milczanowskiego. Wyniki analizy graficzno-porównawczej rękopisów nie pozwalają na jednoznaczne rozstrzygnięcie czy ich wykonawcą jest osoba, której wzory pisma przedstawiono do badań jako materiały porównawcze – stwierdził sędzia Paweł Rysiński. Zarazem jednak dodał uwagę, która została skrzętnie pominięta w mediach: Nie stwierdzono cech, które wskazywałyby, iż kopie kserograficzne rękopisów, stanowiące przedmiot badań, mogły być wynikiem celowego montażu kilku różnych rękopisów.

 
Na jakiej zatem podstawie wysuwa się przypuszczenie, że kserokopie te mogły zostać podrobione? Opinie takie rozpowszechniał m.in. Krzysztof Kozłowski nie podpierając ich jednak żadnymi argumentami.

Warto zwrócić uwagę, że ekspertyza grafologiczna – do której, jako do ważnego argumentu, odwoływał się sąd badający sprawę lustracyjną Wałęsy w 2000 roku – została zrobiona przed 22 laty i pozostawiła wiele niejasności. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby dziś ponownie  dokonać ekspertyzy , korzystając z dużo bardziej nowoczesnych technik i urządzeń po to, aby usunąć braki ekspertyzy z 1990 roku. I ostatecznie ją zweryfikować.

 

Swoją drogą, bardzo ciekawe jakie byly powiązania Walesy agenta SB „Bolka” z agentem Mossadu i prowokatorem Harley Lippmanem ??

 

 

PROWOKACJA LIPPMANA

Do najważniejszych akcji przeprowadzonych przez pana Józefa Płońskiego zaliczyłbym unieszkodliwienie „Prowokacji Lippmana” (informacje o Lippmanie – New York Times, 1981.05.30). Harley Lippman twierdzi, że w ramach wymiany, w latach 1975­76, był studentem Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale Nauk Politycznych (?). Po powrocie do Stanów Zjednoczonych przez parę lat zatrudniony był przez „Frontlash”, przybudówkę centrali związkowej AFL­CIO do spraw młodzieży. Jako pracownik – aktywista „Frontlash”, był prelegentem w szkołach i udzielał się w kompaniach rejestracji nowych wyborców. Niejaki Thomas Kahn, asystent prezydenta AFL­CIO potwierdził, że znał Lippmana od lat. Twierdził jednak, że jeszcze przed „Prowokacją” został on zwolniony ze względu na konflikt płacowy.

Według Lippmana, w 1979 roku, po zakończeniu dwuletnich studiów dyplomowych o tematyce Centralno-Wschodnio-Europejskiej w Columbia University, zrobił on magisterkę. Podobno latem 1977 roku pracował jako stażysta w biurze Senatora Patrick’a Moynihan’a w Nowym Jorku, zamaskowanego polakożercy i zaciekłego przeciwnika rozszerzenia NATO, a w roku 1978 uczestniczył w letnim kursie ukrainistyki w Harward University. W dalszej części swojej autobiografii Lippman twierdzi, że od lutego 1980 roku był dyrektorem żydowskiego Komitetu Robotniczego w stanie New England, gdzie starał się uczulić społeczność żydowską na problemy ruchu robotniczego. Były dyrektor wykonawczy tegoż komitetu, Joshua Muravchik, wyznał, że Lippman zwierzał się mu, że był „uśpionym” agentem FBI i amerykańskiego wywiadu wojskowego (Defense Intelligence Agency). Tak jak we wszystkich tego typu machlojkach – „biez wodki nie razbieriosz” – jak powiedzieliby Rosjanie. Jedno jest pewne, że pan Lippman był co najmniej sympatykiem „najlepszego z najlepszych ustrojów”.

O istnieniu Lippmana dowiedziałem się zupełnie przypadkowo. W marcu 1981 roku pan Płoński zaprosił mnie na spotkanie organizowane przez Kongres Polonii Amerykańskiej w Perth Amboy, New Jersey. Po drodze, jeden z współpodróżnych jadących rozklekotanym mikrobusem Płońskiego opowiedział o audycji „Good Morning America”, podczas której jakiś facet twierdził, że był w Polsce i jako zaufany człowiek Wałęsy został dopuszczony do najpilniej strzeżonych tajemnic Solidarności. [Tego współpodróżnego rozpoznałem podczas mszy pod pomnikiem ofiar Katynia w Jersey City, 200.05.07. Przeprosiłem, że zapomniałem jego nazwisko, pan Leon Szpala pamiętał wiele faktów związanych z Prowokacją Lippmana]

W opowieści zawarte były różne rewelacje: o uzbrojonych bojówkach Solidarności, o tajnych magazynach broni i o oddziałach wojska, które jakoby zdezerterowały pod rozkazy Solidarności. Wypisz wymaluj, krok od wojny domowej i politycznych mordów. Opowiadanie to łączyło się z rozpowszechnianymi pośród społeczności polonijnej informacjami, o jakichś uzbrojonych oddziałach wojskowych gotowych do walki z komunistami. Cały wieczór poświęciłem na przekonywanie Płońskiego o zamierzonej sowieckiej prowokacji mającej na celu fizyczne zlikwidowanie solidarnościowej opozycji. Dzięki opatrzności, wbrew ostracyzmowi, jaki mnie otaczał, Płoński poważnie potraktował moje sugestie i wziął się energicznie za zwalczenie tej zbrodniczej prowokacji. Informował mnie na bieżąco o wszystkich poczynaniach i przekazywał kopie pism w tej sprawie. Część z nich zachowała się do dzisiaj.

Kim był pan Lippman? Przypuszczalnie przedstawicielem następnej generacji żydowskich czcicieli czerwonego cielca? Przypuszczalnie nie tylko studiował w Polsce, ale został zwerbowany jako „uśpiony” sowiecki agent. Możliwe, że jeszcze przed wyjazdem „na wymianę”, miał już jakieś powiązania z sowiecką agenturą (być może dla niepoznaki nazywaną jako polska). Czy był „uśpionym” agentem amerykańskim czy sowieckim?… Czy obydwu tych krajów?… Znowu „biez wodki nie razbieriosz”. Dla wielu szarych eminencji Stanów Zjednoczonych polska Solidarność nie była w smak. Naruszała światowe podziały interesów, mogła przerwać strumienie ciepłych dolarków robionych na wszelkich prawdziwych lub wymyślonych konfliktach. Solidarnościowe zagrożenie sowieckiego imperium nie tylko zagrażało koncepcji Bertranda Russel’a, o wyższości dwuosiowego podziału świata (USA­ZSRR), ale mogło zaszkodzić biznesom takich potentatów jak Armand Hammer – i wielu, wielu innym. [Amerykański potentat biznesu olejowego i chemicznego. Nazwisko ARMAND HAMMER przybrał dla uczczenia sowieckiej symboliki: ARM AND HAMMER = RAMIĘ I MŁOT. Dzięki Sowietom i ścisłym powiązaniom ze wszystkimi sowieckimi przywódcami, poczynając od Lenina, dorobił się olbrzymiej fortuny. Do dziś dnia jego biznes istnieje i świetnie prosperuje, oby nie w Polsce i w eksploatowanej przez niego od czasów rewolucji Rosji.]

Niezależnie od „rodowodu”, natychmiast po powstaniu Solidarności, Harley Lippman pojawił się w Polsce – przybył jako turysta. Tajemnicą jest, jak taki dyrektor-agitator-turysta z „żydowskiego Komitetu Robotniczego” w stanie New England został doprowadzony do Wałęsy, dlaczego jakiś „przyjaciel z Solidarności” (chyba z solidarności komunistycznej międzynarodówki) zadbał o wykonanie dużej ilości zdjęć dokumentujących jego jakoby zażytą znajomość z Wałęsą. Powołując się na te zdjęcia, pokazujące Lippmana z Wałęsą podczas posiłków, w kościele, w rozmowie z żoną Wałęsy, w zabawie z jego dziećmi, Lippman uwierzytelniał swoje opowieści. W majowym wydaniu „Life” (1981) Lippman zamieścił szereg otrzymanych od Wałęsy zdjęć z wydarzeń w 1970 roku. Pierwsze zdjęcie (na 10 stronie) pokazuje Lippmana siedzącego obok Wałęsy i robiącego jakieś notatki. Chyba już nastał najwyższy czas, aby otworzyć akta SB i zidentyfikować tego „Lippmanowskiego przyjaciela z Solidarności” – fotografa dokumentującego przyjaźń Wałęsy z podsuniętym mu prowokatorem.

Relacje Lippmana były bardzo interesujące. Już przylatując do Warszawy 22stycznia 1981 roku, został on jakoby zatrzymany na lotnisku przez agentów MSW. Ponoć jego „przyjaciele z Solidarności” z niepokojem oczekiwali, czy zostanie wpuszczony do PRL. Gdzie i jak zaprzyjaźnił się z członkami dopiero powstałej Solidarności, trudno dociec. Twierdził, że poznał Wałęsę już w czasie swoich studiów na Uniwersytecie Warszawskim. Gdyby mówił o Kwaśniewskim, można byłoby uwierzyć, że go gdzieś na jakichś studiach spotkał… Ale Wałęsę?

W dalszym toku swojej opowieści Lippman opisuje sieć solidarnościowych kryjówek, magazyny broni, oddziały wojskowe. Nawet spotkanie w lesie koło Łodzi z jakimś zbuntowanym generałem. Podróż pełna przygód, ucieczek przed agentami, niebezpiecznych sytuacji. Opowieść godna „Indiana Jones”. [Bohaterstwo, miłość i przygody, czyli bajeczki-filmeczki Stevena Spielberga, 1984 i 1989.] Oprócz tych wymyślonych przygód, Lippman przeprowadził nawet wywiad z Marianem Dobrosielskim, zastępcą ministra spraw zagranicznych. Podawał się przy tym za korespondenta „Washington Post” prezentując list polecający od senatora Edwarda Kennedy’ego – „bezpłciowego” liberała i sympatyka semi-komunistycznych koncepcji społecznych.

Nawet, jeżeli pan Lippman był gówniarzem zmyślającym wszystkie swoje przygody. Nawet, jeżeli seria jego zdjęć z Wałęsą była fotomontażem, to jakie siły i układy spowodowały, że jego relacje zaczęły rozchodzić się szybko i sprawnie na cały świat? Tysiące ludzi chce zarobić pieniądze opisując swoje prawdziwe lub wyimaginowane przygody, aby sprzedać je publikatorom, w przytłaczającej większości przypadków nieskutecznie. Pan Lippman, za pośrednictwem syndykatu stowarzyszonego z New York Times, sprzedał swoje rewelacje następującym gazetom: „The Times of London”, „The Vancouver Province”, „The Sacramento Bee”, „Agencia Estado of Brasil”, „The Cleveland Plain Dealer” i „The Anchorage Daily News”. Lista wszystkich publikacji jest trudna do ustalenia, „The Chicago Sun-Times” opublikował jakiś artykuł na ten temat w wydaniu z 15 marca 1981 roku. Pan Lippman nie szczędził swojego czasu dla wszelkich możliwych korespondencji i wywiadów, włączając audycję „Goodmorning America” z 23 marca 1981 roku (ABC­TV)

Czy to był przypadek, czy zorganizowana akcja sowieckich agentów i ich „paputczykow”, bezbłędnie sterujących zachodnimi publikatorami? Tego być może nigdy nie dowiemy się, ale tak jak mówił król zwierząt patrząc na lisa: Nie pokażę palcem, ale jak pierdolnę w ten rudy łeb, wówczas nikt nie będzie miał wątpliwości, kto tu szachruje. Lippmana wina lub służba polegała na przekonaniu całego świata, że Solidarność jest organizacją terrorystyczną, że dąży do mordów i zamachów. Chciano udowodnić, że Solidarność jest godna potępienia i odrazy całego cywilizowanego świata, że fizyczne zlikwidowanie jej przywódców i aktywistów będzie racjonalnym i moralnie usprawiedliwionym działaniem. Nie przedstawiam całości fantastycznych i prowokacyjnych enuncjacji „obudzonego” pana Lippmana, dociekliwi mogą sięgnąć do dwóch artykułów w „New York Times” z dnia 30 maja 1981 roku.

Już 25 marca 1981 roku, czyli na początku rozpowszechniania rewelacji Lippmana, Płoński rozpoczął kontrakcję. Występując w imieniu Polskiego Legionu Weteranów Amerykańskich zażądał od niejakiego Mc Bride ze stacji telewizyjnej American Broadcasting Corporation dostarczenia kopii wystąpienia Lippmana w programie ABC „Good Morning America”. Pan Mc Bride stał się nieuchwytny. Parę dni później Judy Steinberg, z tejże sieci telewizyjnej, oświadczyła, że Mc Bride wybył na wakacje, chyba „dyplomatyczne”, odpalił Płoński. Dzięki zdecydowanym dalszym działaniom Płoński otrzymał w końcu kasetę wideo z nagranym wywiadem Lippmana. Jeszcze w marcu tegoż roku (1981.03.31) Płoński wystąpił w tej sprawie do następujących osób: George Bush – Vice­President; Alexander Haig, Jr – Secretary of State; Charles Percy – Chairman, Senate Foreign ; Clement J. Zabłocki – Chairman, House Committee on Foreign Affairs; William Bradley – Senator, NJ; Jack Kemp – Congressman, NY, Chairman of Federal Communications Commission; Ralph Chrapkowski – National Commander, PLAV; Aloysius Mazewski – President, Polish American Congress; Col. Anthony Podbielski – Polish American Congress Historian; Accuracy in Media, Inc., 777­14th Street, N.W. Washington, DC 2005; oraz do Prezydenta sieci telewizyjnej WABC.

Dopiero 11 maja 1981 roku „The Times of London” opublikował list ówczesnego rzecznika prasowego Solidarności, Janusza Onyszkiewicza, przeciwstawiającego się tezom Lippmana opublikowanym w artykule „On the Run in Poland With My Friends in Solidarity”. Pod koniec maja 1981 roku polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, wspólnie z Solidarnością, zdementowało enuncjacje Lippmana jako fabrykację. Oficjalne „czynniki” PRL nie zapomniały też dodać, że cała sprawa jest szytą grubymi nićmi prowokacją CIA. W ten sposób Płoński stał się dla władz PRL prowokatorem CIA walczącym z prowokatorem Lippmanen. Chyba coś z taktyki złodzieja krzyczącego „łap złodzieja”. Ja w tym czasie byłem nieznanym władzom PRL inicjatorem akcji Płońskiego.

Ze względu na moich najbliższych znajdujących się w bezpośrednim zasięgu władz PRL chciałem cicho siedzieć, jak mysz pod miotłą. Jednak w końcu siedzenie pod miotłą nie udało się. Natychmiast po otrzymaniu taśmy z wywiadem Lippmana Płoński spytał mnie, jak najpewniej dostarczyć kopię taśmy do Wałęsy. Odradziłem mu wysyłanie jej pocztą, prowokacja nie prowokacja, wszystko, co byłoby adresowane do Wałęsy niewątpliwie byłoby ocenzurowane, lub wręcz skonfiskowane. Poradziłem mu, aby znalazł kogoś, kto mógłby dostarczyć tą taśmę osobiście do Wałęsy. Płoński nie znał nikogo, ja też w tym momencie nie znałem nikogo planującego wyjazd do Polski. Złożyło się jednak, że brat mojego serdecznego przyjaciela ze studiów w LITMO był pierwszym elektrykiem na statku „Kalinowski” – odbywającym regularne rejsy do portu w Newarku.

W momencie rozmowy z Płońskim zapomniałem o nim, ale parę dni później, po przybiciu do Newarku, Czesiek zadzwonił do mnie. Jak zwykle nasi marynarze podłączali się do jakiejś linii telefonicznej i załatwiali swoje telefoniczne potrzeby (chyba FBI podsuwała im takie podręczne kontrolowane złącza)?

Spytałem Cześka, czy weźmie tą taśmę wideo, aby dostarczyć ją Wałęsie. Powiedziałem mu dokładnie, co jest na tej taśmie, że władze PRL mogą ją skonfiskować. Czesiek zapewnił mnie, że przewiezienie taśmy video to jest fraszka – przemycali bele materiałów i inne towary praktycznie bez wpadek. Przewiezienie jednej taśmy, w odróżnieniu od przemycanych czasami większych ilości taśm na sprzedaż, ocenił jako drobiazg nie warty dalszej rozmowy. Przy następnym pobycie powiedział mi, że nie zastał Wałęsy, że zostawił taśmę w jego sekretariacie. Przypuszczalnie, za tą drobną sprawę, zapłacił później życiem. Ktoś tam czujnym okiem obserwował wszystko, co działo się wokół Wałęsy. Czy oprócz agenta(ów) były tam kamery i mikrofony? Być może tak. W każdym bądź razie po wprowadzeniu stanu wojennego wycofano Cześka z linii do USA – zaczął pływać na linii do Afryki. Dowiedziałem się o tym od osoby wstawionej na jego stanowisko. Jakiś czas później byłem bardzo zdziwiony, gdy Czesiek niespodziewanie zadzwonił do mnie z portu w Newarku. Powiedział, że dostał pozwolenie na jeszcze jeden rejs na linii amerykańskiej – umówiliśmy się na spotkanie w restauracji Bałtyk przy pierwszej Avenue na dole Manhattanu.

W tym czasie objeżdżałem mój fabrycznie nowy samochód, miałem zawieźć go na jakieś zakupy w ramach jego ciągłego dorabiania do polskich marynarskich pensji. Spóźnił się na to spotkanie, był zdenerwowany, twierdził, że Amerykanie nie chcieli pozwolić mu zejść na ląd. Podobno wpisano go na listę załogi w ostatniej chwili – korygując wcześniejszą listę. Towarzyszący mu krewniacy byli na liście pasażerów, nie mieli żadnych kłopotów z zejściem na ląd. Twierdził, że pod pretekstem załatwienia spraw spadkowych w USA, otrzymał pozwolenie na odbycie jeszcze jednego rejsu. Patrząc wstecz widzę, że była to kompletna bzdura. Nikt nigdy i nigdzie nie mógł załatwić spraw spadkowych w przeciągu krótkiego postoju podczas przeładowywania statku. Także, żaden z urzędników PRL nie mógł być takim idiotą, aby w coś takiego uwierzyć. Nie zwróciłem jednak wówczas uwagi na ten oczywisty nonsens. Wydawało się mi tylko, że Czesiek jest jakiś inny, że coś go męczy od wewnątrz. Miałem wrażenie, że walczy z myślą, aby wzorem wielu innych naszych marynarzy, reagujących na stan wojenny, pozostać w USA.

Po „zaokrętowaniu” Cześka i jego krewniaków pojechałem Pierwszą Aleją w „górę miasta”. W okolicy trzydziestej ulicy znajdował się zakład kuśnierski, gdzie Czesiek kupował błamy na futra. Miał też w planie odwiedzenie paru innych miejsc zakupów, ponieważ następnego dnia statek odpływał dalej.

Przy 10­tej ulicy „ruszył z kopyta” czekający na czerwonym świetle samochód policyjny, nie miałem szans – ucieczka na prawo skończyłaby się kolizją z jakimś innym samochodem na sąsiednim pasie. Widziałem, jak siedzący obok kierowcy policjant spokojnie przyglądał się zmniejszającej się odległości pomiędzy naszymi samochodami. Kierowca policyjnego samochodu tak manewrował, abym ja go uderzył, nie zdążył jednak, to on uderzył w lewy błotnik mojego samochodu. Mój nowiutki samochód, z nie zabłoconą jeszcze lśniąca farbą, miał solidnie wgięty lewy błotnik oraz popękane oprawy świateł pozycyjnych. Nie był to zwyczajny wypadek, wóz policyjny nie miał włączonych „kogutów” ani też nie było żadnych sygnałów ostrzegawczych. Po prostu czekał na mnie i na moich pasażerów.

Procedura powypadkowa, jak zorientowałem się po zaliczeniu później innych stłuczek, była zupełnie nietypowa. Jak spod ziemi zjawiło się kilka oznakowanych i nie oznakowanych samochodów, kazali nam czekać. Nie zauważyłem, aby nas fotografowano, wszystkich jednak wylegitymowano i spisano dane osobiste. Nigdy więcej nie spotkałem się z takim traktowaniem pasażerów samochodu biorącego udział w wypadku. Po około godzinnych ceregielach pozwolono nam odjechać. Czułem się co najmniej podle. Mandat za nie przepuszczenie jakoby śpieszącego się gdzieś uprzywilejowanego pojazdu i pogięty błotnik mojego pierwszego amerykańskiego fabrycznie nowego samochodu.

Obwiozłem chłopaków tam gdzie chcieli, zawiozłem ich w końcu na Greenpoint gdzie, jak twierdzili, były jakieś „patelnie” i inne damskie cuda. Zaszokowany niespodziewanym i pierwszym wypadkiem samochodowym wymówiłem się u znajomych Cześka od suto zastawionego stołu. Ległem na wyrku w głębi subway’owego mieszkania. Dali mi budzik, abym mógł rano obudzić Cześka i zawieźć go do Newarku na statek. Przypuszczalnie uczta trwała bardzo długo. Z trudem obudziłem Cześka przypominając o jego prośbie odwiezienia go do Newarku. Z ociąganiem pozbierał się, ruszyliśmy w drogę. Ciągle miałem wrażenie, że chce powiedzieć mi coś ważnego. Po przekroczeniu Holland Tunelu zapadł w sen przerywany nagłymi przebudzeniami i powrotami do świadomości. Współczułem mu, był solidnie skacowany. Na rampach, przy dojeździe do terminalu morskiego w Newarku zaczął majaczyć: Muszę, muszę rozmawiać z Feliksem, gdzie jest Feliks. Potrząsnąłem go za ramię, Jestem tutaj, wiozę cię, obudź się. Otworzył oczy i spytał: Gdzie ja jestem; odpowiedziałem Dojeżdżamy do portu, ja jestem z tobą, rozmawiajmy. Zamilkł – jakby przypominając swoje majaczenia – przed pożegnaniem powiedział: Wszystko w porządku, zobaczymy się kiedyś jeszcze… Nie zobaczyliśmy się już nigdy. Po jednym z powrotów z afrykańskiego rejsu aresztowano go pod zarzutem przemytu. Zmarł w więzieniu śledczym – jakoby na atak serca. Ciało w zamkniętej trumnie oddano rodzinie z poleceniem nie otwierania jej. Oczywiście rodzina nie zastosowała się do tego polecenia. Dziwny był ten atak serca spowodowany widocznymi obrażeniami ciała?

Gdy dowiedziałem się o śmierci Cześka przypomniałem sobie o przewiezionej przez niego taśmie z prowokacyjnym wywiadem Lippmana. Czy mój domysł jest prawidłowy, do dziś dnia nie wiem? Tak jak wszyscy marynarze coś tam zawsze przemycał, nawet jakieś ikony czy obrazy. Jednakże, gdyby z powodu przemytu nasi marynarze umierali na „ataki serca”, wówczas wybito by całą kadrę naszej marynarki handlowej.

Uświadamiając sobie możliwość powiązania Prowokacji Lippmana ze śmiercią Cześka, zacząłem bać się o moich bliskich w Polsce. Przy ostrym piciu, jeden z dosyć znanych uciekinierów z Polski, zaczął mnie kiedyś delikatnie naprowadzać na temat mojej znajomości z Płońskim, przy tym wyraźnie oszczędzał się. Mając dobrą rosyjską szkołę w piciu wódki pozwalałem mu nalewać nadprogramowe porcje Smirnowa, jeszcze z napisem na stopce etykietki „Lwów Poland”.

Gdy już uznał, że jestem kompletnie zalany, wysmarkałem mu w rękaw, że Płoński dał mi taśmę wideo o jakimś programie w amerykańskiej telewizji, aby przez okazyjnie spotkanego znajomego przekazać ją do Polski. Dodałem, że nie mogłem mu odmówić, ponieważ wynajmował mi mieszkanko i korzystałem z wielu jego uprzejmości, a teraz mam pietra, bo ta taśma była związana z jakąś prowokacją dotyczącą Solidarności. Wydawało mi się, że przyjął ze zrozumieniem moje zwierzenia. Czy to było tak, czy tylko wydaje mi się, że to było tak? Towarzystwo leżało pokotem, on jeden był prawie że trzeźwy, ciągle zainteresowany moimi zwierzeniami. Po wyjściu wyrównałem krok i pomyślałem sobie – nie wziąłeś przyjacielu pod uwagę mojej leningradzkiej szkoły trunkowania – „biez wodki nie rozbieriosz, a z wodką też nie wszystkich razbieriosz”… Nie wiem, czy całe to wypytywanie było przypadkiem, czy jego zamiarem. W każdym bądź razie nie namierzę go, bo może był „nie pri czom”.

Podczas mojej pierwszej wizyty w Polsce, w 1993 roku, przedstawiłem całą sprawę dla brata Cześka. Nie było to łatwe, chociaż łatwiejsze niż spotkanie z Januszem z rozdziału „Świat Cieni”. Zresztą, jako jednemu z nielicznych, zrelacjonowałem mu wówczas to, co opisałem teraz w „Świecie Cieni”. W pewnym momencie powiedział: Przeczuwałem, że mogą być jakieś powiązania pomiędzy tobą, a tym, co stało się z Januszem i Cześkiem. Nie zdystansował się ode mnie, ale też nie próbował ulżyć mi w moich wewnętrznych rozterkach. Sam muszę nosić ten bagaż, bo nic nie zmieni przeszłości. W tym popieprzonym świecie trudno mieć pewność, kiedy robi się coś dobrego, a kiedy swoim działaniem – nawet wydawałoby się słusznym – wyrządza się komuś krzywdę.

Według jego relacji Czesiek i cała powracająca z Afryki załoga była uprzedzona, znanymi marynarzom sposobami, że w porcie czeka na nich „czarna brygada”. Pozbyli się wszelkiej kontrabandy, byli czyści jak aniołki. Pomimo tego Cześka aresztowano. W jakiś czas później żona dostała pozwolenie na widzenie. Według jej relacji był bardzo zmieniony, roztrzęsiony, jakby już obleczony bladością śmierci…, za wyrzuconą za burtę kontrabandę?…

Zestawiając znane mi fakty, wydaje mi się, że po wprowadzeniu stanu wojennego Cześka zatrzymano, dano mu propozycję nie do odrzucenia – nadprogramowy rejs do USA i dowiedzenie się, kto zorganizował akcję przeciwko „Prowokacji Lippmana”. Oczywiście, Czesiek nie miał żadnych powodów, aby zataić, że taśmę otrzymał osobiście ode mnie. Było to dla nich za mało. Zdawali sobie sprawę, że właściwie jestem niczym w Ameryce (przypuszczalnie przykładali do tego ręce, abym był niczym). Znali organizacje polonijne, nie podejrzewali, że organizacje te mogły tak sprawnie i rzutko narobić im jakiegoś bigosu. Może i słyszeli o Płońskim, ale uważali go za przystawkę do „karcianek” i innych imprez towarzyskich dominujących w działalności tych organizacji.

Przypuszczalnie uważali, że umknęło im coś z ich mapy potencjalnych polonijnych „obiektów specjalnego zainteresowania”, a może naprawdę podejrzewali, że jakieś CIA wchodziło na nie swój teren? Być może wysłali Cześka szantażując go i biorąc jego najbliższych jako zakładników. Amerykanie też w jakiś sposób wywąchali niezwykłość jego pozaplanowego rejsu, stąd kłopoty z zezwoleniem na zejście na ląd i sfingowany wypadek z policyjnym samochodem. Nawiasem mówiąc, po dostarczeniu mojego zeznania i zeznania jednego z pasażerów, moja kompania ubezpieczeniowa uzyskała sto procent odszkodowania. A policjant kierujący samochodem, „it happened” (zdarzyło się), znał perfekt język polski – w czasie całego zatrzymania doskonale rozumiał nasze rozmowy.

Symptomatyczne było majaczenie Cześka, że musi ze mną rozmawiać. Gdy budził się, był świadom, że przecież nic nowego nie dowie się, ponieważ wszystko wiedział. Naprawdę wszystko wiedział i nic nie mógł dowiedzieć się. Nie było żadnej organizacji, tylko Józef Płoński sam narobił „dużego bigosu” dla autorów Prowokacji Lippmana. Czesiek liczył chyba, że po powrocie do Polski jakoś wytłumaczy się z tego – nie wytłumaczył się. Męczyli go, aby coś wyznał, o czym nie miał pojęcia, co nie istniało. Szukali informacji o jakiejś nieznanej im organizacji, której nie było. To tylko Józef Płoński „single-handedly” (pojedynczo) załatwił całą sprawę, cześć mu za to.

Istnieje zawsze niebezpieczeństwo przeceniania znaczenia działań, których było się świadkiem, szczególnie, jeżeli można powołać się na jakiś swój własny udział. „Prowokacja Lippmana” jest sprawą przeszłości, czy kiedyś ktoś zada sobie trud wyjaśnienia szczegółów i chronologii wydarzeń. Czy dostępne będą materiały dotyczące aresztowania i śmierci Cześka? Najbardziej interesującym byłoby wyjaśnienie roli Lippmana i jego powiązań z SB lub z KGB. Czy rzeczywiście chciano wymordować jako terrorystów najaktywniejszych polskich patriotów? Tą odrodzoną część nowej generacji, stawiającej ponad wszystko dobro ojczyzny, zdolnej tak jak jej przedwojenny odpowiednik do największych poświęceń.

Coś w tym było, nawet straszenie milicjantów i innych urzędników jakoby autentycznymi spisami osób do wymordowania. Klasyczna sowiecka metoda prowokacji i uzasadnienia wymordowania przeciwników, jakoby autorów takich list. Breżniewowski aparacik mógłby jeszcze raz spróbować totalnego terroru, aby marzenia o wolności w „Nadwiślańskim Kraju” odsunąć o jeszcze jedną generację.

Także w przypadku Prowokacji Lippmana wyczuwam głęboką niechęć większości naszych decydentów do zastosowania krwawych leninowsko-stalinowskich metod rozwiązania „problemu Solidarności”. Trzeba tą naszą nomenklaturę dekomunizować, ale bez przesady, może niektórym z nich należy się też dobre słowo za brak entuzjazmu lub sabotowanie dyrektyw „Prowokacji Lippmana”.

Gdyby mordowano aktywistów Solidarności, nasz ukochany zachód nie ruszyłby nawet palcem w bucie. Oprócz chwilowego lamentu i laurek dla szalonych Polaków, porywających się z motyką na czerwoną gwiazdę, nic byśmy nie zyskali, przybyłoby tylko nowych miejsc martyrologii. Musielibyśmy znowu czekać na odrodzenie się nowej generacji odważnych i gotowych do największych poświęceń ludzi…

Oprócz Płońskiego, na pewno były też inne osoby przykładające rękę do unieszkodliwienia „Prowokacji Lippmana”. Jak dotychczas temat ten jest jakoś dziwnie przemilczany? Pomysłodawcy takiej prowokacji nie mają powodów do chwalenia się, w końcu nie udało się im. Napuszeni zwycięzcy solidarnościowej rewolucji nie chcą mieć wspólników swojego sukcesu. Nie chcą podziękować Płońskiemu i jemu podobnym, za być może dar życia, darowany im i tysiącom innych ludzi.

Patrząc na sprawę „Prowokacji Lippmana“ z perspektywy 2005 roku muszę stwierdzić, że temat ten w dalszym ciągu stanowi swoiste „tabu“. W 2000 roku przekazałem specjalistom Uniwersytetu Jagiellońskiego od najnowszej historii moją książkę oraz kopie pism Płońskiego w tej sprawie wraz z kopiami artykułów z New York Times…, CISZA!

Zwróciłem się też do Instytutu Pamięci Narodowej z wnioskiem o udostępnienie dokumentów (Wniosek WP Bi 928 złożony dn. 21 czerwca 2001 roku) akcentując sprawę „Prowokacji Lippmana“. Po wielu ponagleniach i interwencjach, chyba abym zapomniał o sprawie, w kuriozalny sposób uznano mnie za „pokrzywdzonego“ powołując się na znaleziony w materiałach ewidencyjnych zapis, że wyjechałem do USA i nie wróciłem. Przecież żadna „krzywda“ z takiego odpowiadającego prawdzie zapisu nie wynikła!

Im więcej czasu mija, tym bardziej intrygującym jest, kto naprawdę organizował „Prowokację Lippmana“, jakie osoby i ośrodki są dogłębnie zainteresowane, aby prawda o tej prowokacji nie ujrzała światła dziennego?

 
*tekst Prowokacja Lipmana jest autorstwa pana Feliksa Sadowskiego.

 

 

Biorąc pod uwagę nie tylko postęp techniczny ,którego efekty mogą jednoznacznie wyjaśnić wszelkie wątpliwości na temat bolka .

Należy jak najszybciej wznowić proces lustracyjny Lecha Wałęsy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: